LotniczaPolska.pl

Wpisy na blogu:

imię: Jakub
nazwisko: Cichocki
tytułem wstępu: Moja przygoda z lotnictwem zaczęła się zupełnie inaczej niż ma to miejsce w klasycznych tego typu przypadkach.
Otóż, pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy to kończyłem podstawówkę w jednym z górniczych miast na Śląsku nie miałem sprecyzowanych planów na przyszłość. Postanowiłem wysłać moje aplikacje do kilku szkół równocześnie.
Pamiętam , że było wśród nich technikum hotelarskie, technikum elektryczne, ale i liceum o profilu chemia gospodarcza!
W sumie wysłałem 6 aplikacji. Po usilnych namowach rodziców wysłałem również zgłoszenie do Liceum Lotniczego w Dęblinie oddalonego o 500km od mojego rodzinnego miasta.
Nie mając nic wspólnego z lotnictwem byłem chyba pewny , że sprawa została „załatwiona”.
Aplikację wysłałem na odczepne. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dostałem zaproszenie na 3 dniowe badania do 6SzWL w Dęblinie.
Pojechałem sam pociągiem – w tej chwili nie do pomyślenia.
Na dworcu centralnym w Warszawie podeszło do mnie dwóch policjantów i mnie wylegitymowało.
Szukali wtedy jakiegoś chłopca, który uciekł z domu. Po okazaniu wezwania do Dęblina zasalutowali i odprowadzili mnie na peron.
Do tej pory nie wiem jak to możliwe, ale na 32 kandydatów do końca trzydniowych badań bez problemów dotarłem tylko ja.
Po tak „spektakularnym” sukcesie wpadłem w panikę, ponieważ nie chciałem opuszczać domu i przyjaciół.
Pani od fizyki z podstawówki nie wierząc w zdolności żadnego z uczniów powiedziała, że jak ja zostanę pilotem to jej kaktus na ręce wyrośnie.
Chyba wtedy lekko zaczęło mi zależeć żeby zobaczyć tego kaktusa. Problem pojawił się na początku wakacji, gdyż dostałem się do wszystkich szkół do których wysłałem aplikacje. I tu znów rodzice wzięli górę. Miałem do nich wtedy o to żal, że wysyłają mnie tak daleko. Potwierdzenie zdanych egzaminów do Liceum Lotniczego dostałem w swoje urodziny.
Przetrzymuję je do dziś.
To chyba był jakiś znak. We wrześniu 1990 roku znalazłem się w tłumie rozentuzjazmowanych młodych chłopców ogarniętych manią latania.
Przyszłych „Maverick`ów” i „Icemanów” z TOP GUN.
Pytałem się : co ja tu robię?
Jedyne co wtedy mnie „wiązało” z lotnictwem to kilka postojów przy Okęciu w drodze do moich dziadków.

Dzisiaj już wiem:
rozpoczęła się dla mnie największa przygoda mojego życia, która stała się dla mnie nie tylko pasją , ale i sposobem na życie , którym zarażony jest mój cały dom.
Szukaj na LotBlogi:

Zaawansowane

Jakub Cichocki
Za sterami boeinga

Za sterami Boeinga: przerwa w rutynie

Jakub Cichocki |  •  17 lip 2012 - 16:38:49 

Dłuższa przerwa w pisaniu i chyba powoli wychodzę z wprawy - czas się zabrać do pracy. Ostatnie kilka miesięcy to diametralna zmiana i zupełnie inne problemy z tym związane. Przez ostatnie kilka lat największym wyzwaniem była koordynacja i logistyka związana z lataniem co tydzień z innego lotniska. Przeszukiwanie bazy danych, określenie charakterystyki portu docelowego, destynacje, gdzie jest crew room czy jak się tam dostać - nowa baza nowi ludzie nowe kierunki itp. Miało to swój urok i teraz trochę mi tego brakuje. Przez ostatnie lata odzwyczaiłem się od latania z jednej bazy, w podobnych składach załóg i latając na tych samych trasach. W związku z tym ,że spadło na mnie kilka nowych obowiązków, a przede wszystkim to, że od kilkunastu tygodni latam tylko i wyłącznie z bazy we Wrocławiu moja praca wygląda teraz nieco inaczej. Z jednej strony to świetna rzecz, ponieważ w bazie są naprawdę fajni ludzie - no i to spokojne latanie na te same lotniska. Z drugiej strony momentalnie wkrada się rutyna, która dopada niepostrzeżenie.

Wiele na ten temat czytałem, a i moja linia dokładała wszelkich starań, aby w małych bazach świadomość tego zagrożenia była jak największa. Pierwsze symptomy pojawiają się nagle i niespodziewanie. Nie doczytany NOTAM, nie sprawdzony Airport Brief lub przerzucanie odpowiedzialności na drugiego członka załogi i "pewność", że on to na pewno sprawdził lub bezgraniczne zaufanie do obsługi naziemnej. Niebezpieczeństwo czai się tuż za rogiem. Wystarczy do tego niekorzystny zbieg okoliczności i może zdarzyć się coś niedobrego. Trzeba być niezmiernie rozważnym i bardzo zdyscyplinowanym, aby nie popaść w rutynę. Czasami trzeba się od tego oderwać. Dlatego z wielką ulgą przyjąłem w grafiku symulator w Londynie, a przy tym 4 dni latania ze Stansted. Latanie zapowiadało się interesująco. Loty w większości do Hiszpanii i do tego Line Training.

Kilka dni poprzedzających wylot to piękna słoneczna pogoda i telefon od Artura Kielaka: Robię trening przed zawodami i pokazami na Muchowcu - jak masz czas to wpadaj. Dwa razy nie trzeba powtarzać. Pakujemy się i na lotnisko. 40 minut później zajadamy się kiełbaskami z grilla i chlebem z masłem czosnkowym – specjalność Marii. EXTRA lśni zaparkowana przed hangarem. Artur poleciał na trening. 15-20 minut i wyciska ostatnie poty z czerwonej piekielnej machiny. Ani przez myśl mi nie przeszł co zaraz się wydarzy.


Latanie na Extrze z Arturem fot. Tadeusz Brodalka

Artur wysiada idzie po kawałek porcji z grilla i mówi: To co wsiadamy? Milion myśli na sekundę i uśmiech od ucha do ucha. Początek niezbyt obiecujący. Samolot nie chce się uruchomić 4 razy z rzędu. W głowie znowu milion myśli – losu nie trzeba kusić, a szczególnie w lotnictwie - nie chce jej się już latać to nie. Jak nie odpali następnym razem to rozsądek podpowiada – nie lecieć! Odpaliła! Uff… 10 minut latania od -5 do + 9 G, lot koszący po starcie, latanie na plecach, program figur akrobacji wyższego pilotażu i akumulatory naładowane na 100 proc. Tego mi brakowało. Teraz można lecieć do pracy.


Na plecach fot. Tadeusz Brodalka


Lot w pionie po locie koszącym nad pasem w Muchowcu fot. Tadeusz Brodalka.

Do Londynu przylatuję późnym wieczorem i od razu do spania. Rano wstaję odsłaniam zasłony i okazuje się, że z okna mam widok całe lotnisko - byłem tak zmęczony, że nawet nie zwróciłem uwagi, który pokój wydała mi pani z recepcji. Tydzień lotnictwa przez duże L. Dwa dni latania z kadetem, potem zamiana foteli i dwa dni latania z innym kapitanem, który właśnie przyszedł do firmy z Maleva. Następnie jeden dzień na symulatorze. Naładowany akrobacją i oderwanie od rutyny - los czasami bywa łaskawy.


Widok z pokoju hotelowego na płytę postojową w STN.

Na rozgrzewkę lot do Santiago di Compostella. Spokojna trasa na południe. Po lewej stronie zostawiamy Heathrow, potem Gatwick i nad Atlantyk. Lotnik, którego szkolę ma 22 lata i pochodzi z Hiszpanii. Kończy powoli Line Training i został skierowany do pracy na Majorce.


Emirates A-340 dolatujący do Londynu.

Nie jest to co prawda jego rodzinne miejsce, bo pochodzi z Ibizy, ale bliżej się już nie da - szczęściarz. Nie ma dużo do roboty, bo dobrze sobie radzi więc podziwiamy widoki. Mijamy Nantes i powoli znad zatoki Baskijskiej rozpoczynamy zniżanie. Dolatując do wybrzeża Hiszpanii od północy obserwujemy jak porozrywane chmury o niskiej podstawie zakrywają półwysep.


Dolot od strony północnej do Hiszpanii w pobliżu Santiago di Compostella.

Gdzieniegdzie chmury „prawie” dotykają ziemi - w trakcie zniżania przerzedzają się i do lądowania już ładna pogoda. Mój hiszpański lotnik opowiedział mi ciekawostkę związaną z tym rejonem. Otóż, jest to największe skupisko niedokończonych dróg. Pod koniec lat 90-tych lokalne samorządy Galicji zaciągnęły niskooprocentowane kredyty na rozbudowę sieci dróg. Trzy lata później rządy przejęła opozycja. W międzyczasie skomplikowała się sytuacja ekonomiczna i zaprzestano spłacać kredyty. W związku z tym banki przestały przesyłać pieniądze, a co za tym idzie wszystkie prace zostały wstrzymane. Wygląda to raczej smutno. Ludzka myśl techniczna i chęci znów przegrywają z ekonomią. Lądowanie na pasie 35.


Nidokończone drogi w północnej Hiszpanii.


Podejście do lądowania w Santiago di Compostella do pasa 35.

Pobyt w Galicji trwa 25 minut i ruszamy w drogę powrotną. Latanie z Londynu ma ten przywilej, że w powietrzu jest duże nasycenie samolotów szerokokadłubowych. Krzyżujące się trasy do Paryża, Londynu, Amsterdamu i Brukseli powodują, że lotnicy z aparatami cieszą się jeszcze bardziej. Przyloty z południa są o tyle widowiskowe, że trasa prowadzi dokładnie przez środek lotniska w Heathrow.


Kolejny szeroki kadłub w pobliżu Londynu. Tym razem z bazy we Frankfurcie.


Kolejny Emirates. Tym razem A-380.

Jedna z największych „fabryk” w Europie. Jest na co popatrzyć. Dzień drugi to Santander i Weeze. Dokładnie ta sama trasa co do Santiago tylko zniżanie wcześniej o jakieś 50NM - podejście znad oceanu. Pierwszy raz cokolwiek widzę na podejściu. Z reguły panuje tu chłód, wieje dość silny wiatr i chmury „chodzą” po wierzchołkach gór. W sumie jest to dość przyjemne miejsce. Duża ilość malutkich zatoczek i czas jakby wolniej płynął. Płyta, na której pomieści się zaledwie kilka samolotów, cisza i spokój.


Długa prosta do podejścia w Santander.


Wielka góra po lewej stronie podczas podejścia w Santander. Przez to podniesione są minima do lądowania.

Potem krótki lot do Weeze, gdzie panuje niemiecki porządek, i powrót do Stansted. Tam stawiają nas w dziwnym miejscu. Chyba parkuję tu pierwszy raz, a latałem na STN wiele razy. Po chwili moje zdziwienie rozwiewa inżynier - Samolot idzie na myjkę. Cała flota bazująca na STN ma być umyta w przeciągu tygodnia. Każdy kurz, czy brud to potencjalnie większe zużycie paliwa. Postałem tak 20 minut i podglądałem ten proces. W końcu niecodziennie ogląda się jak 4 ekipy na raz myją maszynę o długości i rozpiętości około 35m.


Mycie samolotów na lotnisku w Stansted


Rząd samolotów oczekujący w kolejce do mycia.

Dzień drugi zaliczony. Zamiana fotela na prawy. Dziś szybki Dublin i Malaga. Rano dziwnie cicho. Powoli zbieram się na śniadanie. Odsłaniam zasłony i… nic nie widać. Dzwonie na ATIS. LVP i widzialność 50m. Czyli nie będzie dziś łatwo. Pewnie opóźnienia przez cały dzień. Sprawdzam w systemie, o dziwo poranna fala cała odleciała bez opóźnienia. Rano widzialność wahała się od 150 do 300m. Do startu potrzebujemy 125m, a lotnisko wyposażone jest również w ILS Cat IIIA. Mgła jest w płatach i co chwilę oscyluje od 50 do 300-400m. Będzie co robić.


Mgła na lotnisku w Stansted


Widzialność 150m

Do pracy wybieram się dwie godziny przed odlotem tak, aby na spokojnie wszystko przestudiować. W pokoju briefingowym spotykam kapitana, z którym mam latać. Krótka kurtuazyjna rozmowa i zabieramy się do pracy. Ze względu na złą pogodę w całym Londynie wszyscy mają SLOT-y i każdy jakby bardziej skoncentrowany. Czuć napięcie w powietrzu. Lecimy do Dublina. Po starcie występuje silne oblodzenie. Na szybach i skrzydłach dość szybko przybywa lodu.


Silne oblodzenie widoczne na przedniej szybie

Musimy jak najszybciej opuścić ten rejon. Informujemy kontrolera o tym zjawisku. Potwierdzają to inne samoloty i za chwile we wszystkich ATIS-ach w Londynie pojawia się informacja o silnym oblodzenie od wysokości 3000 stóp aż do poziomu 110. 55 minut do Dublina i tam smutna niespodzianka dla mojego węgierskiego kolegi z kokpitu. Na płycie stoi kilkanaście samolotów Spanaira, KingFishera i niestety Maleva. Smutny to widok, ale co zrobić. Znowu ta ekonomia!


Rząd samolotów linii, które zbankrutowały w ostatnim czasie

Wracamy do Stansted. Lądowanie w III kategorii. Minimum do lądowania RA 50 stóp. Pas widzimy na jakichś 70. Wszystko dzieje się bardzo szybko, ale bez problemów. Autopiloty robią swoje i samolot przyziemia w strefie bez zbędnych ceregieli - miał głowę ten co to wymyślił. Druga runda do Malagi. W Maladze +26C i piękna pogoda. Jakiś czas tu nie byłem.


Podejście do lądowania w Maladze

Nowo oddany pas prezentuje się znakomicie. Podejście znad gór. W nich z kolei mnóstwo pojedynczych domów - zawsze zastanawiam się co ci ludzie tam robią z dala od cywilizacji. Wszystkie osiedla, domy i hotele wybudowane są w pobliżu morza. Próbuje wypatrzyć szklarnie lub pasące się zwierzęta, ale nic z tego. Muszę kiedyś tam pojechać i osobiście zapytać. Na podejściu dużo moich ulubionych hiszpańskich jeziorek w nieziemskich kształtach.


Jeziora w południwo-wschodniej części Hiszpanii

Wracamy do STN. Wieczór już spokojniejszy. Po mgle ani śladu. Pogoda typowo angielska. Pada, pada i jeszcze raz pada. W sumie lepsze to niż mgła. Ciężki dzień, ale jutro też nie łatwo. Barcelona El Prat i Lipsk - długi dzień. Omawiamy dzisiejsze zadania i do hotelu. Dzień numer 4 - piękna pogoda wszędzie. Lot do Barcelony o dziwo bez opóźnień. Zwykle ta destynacja cieszy się złą sławą. 2 godzinki zwiedzania Europy. Dolatujemy do Katalonii od strony Montserrat.


Montserrat w pełnej okazałości

Piękny widok na jedną z najsłynniejszych gór w całej Hiszpanii. Potem niespodziewany wektor i nad Barcelonę. Rzadko lata się tutaj nad miastem - dla nas tylko lepiej. Piękny widok na Sagrada Familia. Świątynia Pokutna Świętej Rodziny robi wrażenie z ziemi i z powietrza. Za chwilę będziemy ją widzieć z drugiej strony lecąc wzdłuż linii brzegowej do podejścia. Aparat w rękę i do roboty. Lądowanie na pasie 25R spokojny dobieg i w drogę powrotną.


Sagrada Familia w dolocie do Barcelony


Świątynia Pokutna Świętej Rodziny widziana podczas podejścia do pasa 25r w Barcelonie


Krótka prosta do pasa 25R w Barcelonie

Nie wiem czemu, ale lubię to lotnisko. Ma coś w sobie. Lipsk bez niespodzianek. Niemiecka precyzja. Dwa długie pasy przygotowane pod ciężkie lotnictwo transportowe. Południowa płyta lotniska to duże samoloty DHL-u i duża ilość Jumbo. My powoli kończymy latanie na dzisiaj, a oni dopiero się schodzą do pracy - to niestety ciężka nocna robota. Na tym lotnisku mówią na nich „nietoperze”. Pracują w nocy śpią w ciągu dnia. 4 dni latania minęły jak z bicza strzelił.

Zobrazowanie podejścia do lądowania na wyświetlaczu ND. Widoczne inne samoloty w pobliżu.

Lotnisko Heathrow widziane z FL 110 podczas zniżania do lądowania na lotnisku Stansted

Dobra odskocznia. Jutro jednodniowa letnia sesja symulatorowa, czyli tak zwany program obowiązkowy. Pierwszy raz w firmie byłem na symulatorze z lotnikiem z tej samej bazy, a w dodatku z Polakiem. Symulator z Dominikiem był niesamowity, zaskakujący i za razem spektakularny, ale to już materiał na osobny artykuł…



Zmieniany 2 raz(y). Ostatnia zmiana 2012-07-17 16:42 przez Jakub Cichocki.


•   0  Komentarz(y)

Komentarze

Brak komentarzy - Twój może być pierwszy!

Dodaj komentarz

Przykro nam, ale tylko zarejestrowane osoby mogą pisać na tym blogu.

Kliknij żeby zalogować