LotniczaPolska.pl

Wpisy na blogu:

imię: Leszek
nazwisko: Mańkowski
czym się zajmuję: jestem zawodowym instruktorem paralotniowym
należę do: Aeroklubu Krakowskiego, Szkoły Latania Rekreacyjnego „AEROKRAK”
zainteresowania: wszystkie rodzaje lotnictwa
pasje: modelarstwo lotnicze, narty, jazda motocyklem, podróże
tytułem wstępu: Paralotniarstwo – najlżejsza odmiana lotnictwa, ale jakże prawdziwa, bliska powietrzu, jedyna i niepowtarzalna. Kiedy powstało, poświeciłem dla niego spadochrony i lotnie. I nie żałuję. Latanie szybowcem i samolotem traktuję jako swego rodzaju młodzieńcze wyzwanie. Bo zawsze chciałem być pilotem, ale dopiero teraz w kwiecie wieku spełniłem swe młodzieńcze marzenia. I co ciekawe – im więcej latam, tym bardziej tęsknię za tym co lubię najbardziej, a co paradoksalnie ogranicza mi wykonywanie zawodu instruktora paralotniowego – tęsknie za swobodnym, niczym nie skrępowanym lataniem. Całe szczęście, że jest jeszcze parę zabawek, którymi można się bawić, oraz – a może przede wszystkim - o nich pisać. To także lubię!
Szukaj na LotBlogi:

Zaawansowane

Leszek Mańkowski
Blog Leszka Mańkowskiego

Złote skrzydło na szlakach świetności polskiego szybownictwa.

Leszek Mańkowski |  •  26 wrz 2010 - 13:16:46 

Sierpień i wrzesień były dla nas okresem wytężonej pracy instruktorskiej. Szkolenie młodych adeptów paralotniarstwa w kraju przeplatały się z wyjazdami na podwyższanie kwalifikacji w Alpy włoskie. Nawał pracy powodował, że nasze „złote skrzydło” stało głównie w garażu, i aż prosiło się o wyjazd w nieznane. Ale czy w nieznane…?
W stanie wojennym, na początku osiemdziesiątych lat, szkoliłem w Bezmiechowej koło Leska, na lotniach, młodych harcerzy, dla których Chorągiew Krakowska zorganizowała tam obóz. Dla przeciętnego „Kowalskiego” słowo Bezmiechowa nic nie znaczy, ale dla lotnika to miejsce kultowe…
I tak zrodził się w głowie plan eskapady szlakiem świetności polskiego szybownictwa. Wybór padł na Akademię Szybowcową w Bezmiechowej i Wojskowy Obóz Szybowcowy w Ustianowej Górnej – obie w Bieszczadach, Szybowcową Szkołę Ślizgową w Tęgoborzu, w Beskidzie Sądeckim, oraz Górską Szkołę Szybowcową Żar, w Beskidzie Żywieckim.
A zatem… po sprawdzeniu pogody, 7 września wyruszam. I tu ciekawostka – polskie prognozy zgodnie pokazują, że będzie padało. Tylko szwajcarskie Meteo Blue podaje optymistycznie słońce dla obszaru Bieszczadów.
Trasa prowadzi malowniczymi drogami krajowymi przez Tymową, Biecz, Jasło, Krosno, Sanok do Bezmiechowej Górnej, w paśmie Gór Słonnych. Oczywiście to już Bieszczady! Warunki jazdy bardzo dobre. Temperatura ok. 10 stopni i rośnie. Od Gromnika do Biecza jadę po nowiutkiej nawierzchni, a trasa na długości ponad 15 km to same winkle. Czysta przyjemność, tym większa, że ruch samochodowy jest mały. Trasę o długości ponad 200 km przebywam w czasie 4 godzin, czyli w fajnym, turystycznym tempie…
Mijam Bezmiechową Górną i dojeżdżamy do stodoły Jaśnie Pana Hrabiego Czerkawskiego. Tutaj kończyła się bita droga. Dalej - te blisko trzydzieści lat temu - zapychaliśmy z harcerzami z buta, niosąc na własnych barach lotnie. A odległość do szczytu to blisko 3 km. Ale cóż to? Przecieram oczy ze zdumienia, bo oto w kierunku szczytu prowadzi piękna asfaltowa droga, która dojeżdżamy pod okazały stylowy gmach, którego drzewiej tu nie było! Sprawa się szybko wyjaśnia. Po kilkudziesięciu latach trwania w niebycie, piękne tereny przedwojennego szybowiska przejęła od Aeroklubu Bieszczadzkiego Politechnika Rzeszowska. Nota bene jedyna cywilna uczelnia w Polsce kształcąca inżynierów – pilotów. Uczelnia ta – dysponując odpowiednim kapitałem – zagospodarowała zaniedbane zbocza Słonnego budując pola wzlotów oraz piękne budynki administracyjno gospodarcze oraz hangar. Jest to siedziba Akademickiego Ośrodka Szybowcowego PRz.
Stałem i patrzyłem, a czas niepostrzeżenie zaczął się cofać do 1928 roku, kiedy to Wacław Czerwiński, student Politechniki Lwowskiej i późniejszy słynny konstruktor szybowców CW, przebywając na wakacjach w Bezmiechowej, zainteresował się zboczem Słonnego. W tym samym roku zaprosił tam pilota samolotowego Szczepana Grzeszczyka. W 1929 roku Związek Awiatyczny Studentów Politechniki Lwowskiej i Aeroklub Lwowski zorganizowały wyprawę w czasie której, przy pomocy latawców i świec dymnych zbadano właściwości aerodynamiczne zbocza. Uznano, że nadaje się wyśmienicie do wykonywania lotów szkolnych, żaglowych i wyczynowych. Pod koniec 1929 roku zorganizowano wyprawę wyposażoną w szybowce. Wówczas to Szczepan Grzeszczyk ustanowił nowy rekord Polski czasem lotu 2 godziny 11 minut. Lot wykonał na szybowcu CW II konstrukcji Wacława Czerwińskiego. I zaczęło się! Obalony został mit, że w Polsce nie da się latać, bo nie ma gdzie. Grzeszczyk został pierwszym instruktorem szybowcowym. W 1931 roku na szczycie Słonnego wzniesiono pierwszy trwały obiekt – mały domek administracyjno gospodarczy. W 1932 roku otwarto oficjalnie Szkołę Szybowcową w Bezmiechowej. Pierwszym jej komendantem został Bolesław Łopatniuk. I tak narodziła się legenda. Na stokach Słonnego szkolono dziesiątki, a później setki adeptów szybownictwa rocznie. Padały wspaniałe rekordy, jak choćby absolutny rekord Wandy Modlibowskiej w długotrwałości lotu. Ta dzielna kobieta latała bez przerwy24 godziny i 14 minut. Było to w 1937 roku, a rekord nie został pobity do dzisiaj… Był to pierwszy rekord świata zdobyty przez polskiego pilota.
Wreszcie ten najpiękniejszy rekord. Rekord, za który jego autor – Tadeusz GÓRA – został odznaczony jako pierwszy na świecie pilot szybowcowy Medalem Lilienthala. Lot na odległość 578 km do Soleczników Małych koło Wilna! Tadeusz Góra swój medal odebrał dopiero po zakończeniu wojny…
W czasie działań wojennych ośrodek został zniszczony. W latach 1947 i 48 Aeroklub Podkarpacki zorganizował tam obozy szybowcowe. Niestety w 1951 roku ze względów politycznych zawieszono działalność wszystkich aeroklubów w Polsce. Trzeba było kolejnych 30 lat by w 1977 roku zagościli w Bezmiechowej studenci z Koła Naukowego Lotników PRz. I tak od lotni zaczęła się reaktywacja szybowiska. 6 sierpnia 1978 roku po 30-to letniej przerwie odbył się start szybowca Mucha-100, pilotowany przez słynnego Adama Ziętka, Mistrza Świata z 1958 roku.
Uff. Kawał historii. Patrzę na ten piękny ośrodek i myślę – może i ja polecę tu szybowcem? Póki co nici z tego bo dzisiaj przyjechał grupa „leszczy” których instruktorzy wożą po niebie. Może kiedyś. Na wszelki wypadek wożę ze sobą stosowne licencje…
Na popas nocny zostaję w ośrodku . Pokoje piękne, a ceny przystępne. 60 zł łóżko w pokoju dwuosobowym z łazienką i internetem. W ośrodku znajduje się pięknie urządzona restauracja „Wichrowe Wzgórza”, W której można zjeść rozmaite smakołyki, bo prowadzona jest na najwyższym poziomie. Ceny jak za smakołyki – nie wygórowane! Wieczorem oprowadzany przez pracownika Ośrodka zwiedzam laboratoria, w których uczą się studenci Politechniki. Jestem pod wrażeniem. Mogę zobaczyć przekroje szybowców na których latam. Znajduje się tam również replika słynnego polskiego szybowca Salamandra, oraz model szybowca PWS-101 na którym Tadeusz Góra ustanowił swój wspaniały rekord! Rarytas w czystej postaci. Wieczorem siadam na ławeczce przed budynkiem i patrzę w dolinę. W dali widać łunę światła nad Leskiem, a dalej nad Ustrzykami. Nade mną gwiazdy, w takiej ilości i tak wyraźne, że aż przytłaczają. Nieboskłon zdaje się przygniatać. Jest cudnie… Rano zaczaję się na wschód słońca, a później ruszę dalej.
*
Jest 5,30. Wglądam przez okno, i już widzę, że z cudnego wschodu słońca nici. Mgła. Opóźniam wyjazd do 7,30. Temperatura ko. 5 stopni, ale pierwszy etap krótki, więc się nie martwię. Odpalam golaska i odczuwam satysfakcję, że tak cichutko pracuje. Zupełnie jakby chciał uszanować to szczególne miejsce… Ruszam. Przede mną serpentyny, przy pokonywaniu których czuję się jakbym leciał. W takich chwilach czuję, że się zatracam. Złote skrzydło płynie jakby nie dotykało ziemi, a ja prowadzę go delikatnie, z uczuciem. Chwilami czuję się tak, jak bym był zespolony z tą maszyną. Zupełnie jak z żywym organizmem… Coś takiego odczuwam tylko w czasie długich lotów szybowcem , bo samolotem już nie. Za to kocham to moje „złote skrzydełko”. Mimo swej ogromnej masy zachowuje się jak baletnica. Nie! Jeszcze lżej. Po prostu leci…
Ale baczność!!! Wjeżdżam między ludzkie siedziby . Tu trzeba wzmóc uwagę. Jakiś pies usiłuje mnie zjeść, ale się nie daję. W pięknych okolicznościach przyrody mknę w stronę Ustianowej Górnej, kolejnego etapu moich szybowcowych peregrynacji.
*
Dla celów szybownictwa Ustjanową odkryli członkowie Sekcji Lubelskiego Klubu Lotniczego. Znajdując tam dogodne warunki żaglowe i termiczne rozpoczęli pierwsze wzloty. W 1932 roku na szybowisku pod górą Żuków pojawili się podchorążowie szkoły lotniczej w Dęblinie. I tak powstał Wojskowy Obóz Szybowcowy z hangarami, warsztatami i urządzeniami. W latach 1932-37 Ośrodek podlegał pod Oficerska Szkołę Lotniczą w Dęblinie. Do wybuchu II Wojny Światowej Ustianowa była największą szkołą szybowcową w Polsce. Obejmowała lądowiska na Żukowie, Gromadzyniu, oraz Równi. W szczytowym okresie były tu 774 szybowce. Dla przykładu, aktualnie w zasobach polskich aeroklubów znajduje się około 500 szybowców. W 1935 roku zorganizowano III Krajowe zawody Szybowcowe a w 1938 roku Szybowcowe Mistrzostwa Polski. W czasie wojny szybowisko zostało kompletnie zniszczone. Po wojnie, w odróżnieniu od Bezmiechowej, nie zostało reaktywowane. Czas zrobił swoje. Pola startowe zarosły drzewami, a o świetności tego miejsca przypomina już tylko skromny obelisk wzniesiony w 1969 roku, dla uczczenia lotników poległych w latach II wojny – wychowanków słynnej szkoły szybowcowej.
Po odpoczynku i wzmocnieniu sił rozpoczynam kolejny etap wycieczki. Celem moim jest Szybowcowa Szkoła Ślizgowa w Tęgoborzu . Ale jeszcze korzystam z okazji i po raz pierwszy na motocyklu robię małą pętlę bieszczadzką objeżdżając Jezioro Solińskie. Coś pięknego, tym bardziej, że jestem zaskoczony dobrym stanem dróg. Jeszcze tutaj wrócę! Przez Solinę docieram do przedmości Leska do małej wsi Weremień, gdzie znajduje się górskie lotnisko Aeroklubu Bieszczadzkiego. Spotykam tam dyrektora Piotra Bobulę. Chwila rozmowy, i gnam dalej bo przede mną długa trasa.
Jadę przez Komańczę, Duklę, Gorlice i Nowy Sącz. Do Dukli trasa jest pusta, domostw niewiele. Z Sącza kieruję się na Tarnów, by po 10 km dojechać do Tęgoborza. Tutaj, w centrum wsi, skręcam w lewo i pnąc się dojeżdżam na górę Jodłowiec Wielki. Pod szczytem znajdował się kawałek dobrze utrzymanej łąki, przez modelarzy z Sądeckiego Towarzystwa „Orlik”. Teraz pole startowe jest zawłóczone, tak jakby ktoś przeprowadzał rekultywację. To między innymi tutaj przed wojną startowały szybowce do swych - nierzadko – rekordowych lotów. Tutaj wyszkoliło się wielu sławnych później asów polskiego lotnictwa Wojskowego. Obecnie na Jodłowcu znajduje się schron przeciwdeszczowy i trzy domki kampingowe zbudowane przez modelarzy, a historię tego miejsca upamiętnia kaplica wraz z obeliskiem, wzniesiona tym wszystkim, którzy tworzyli to – jakże ważne dla historii polskich skrzydeł – miejsce.
Historia szybowiska sięga 1931 roku kiedy to przy Warsztatach Kolejowych w Nowym Sączu z inicjatywy inż. Henryka Błaszczyka, absolwenta Politechniki Lwowskiej powstała Sekcja Lotnicza, której został prezesem. W 1932 roku nawiązał on kontakt z Warsztatami Związku Awiatycznego Studentów Politechniki Lwowskiej. Razem z inż. Bronisławem Skwarczyńskim absolwentem tej samej uczelni, Adamem Bajdo posiadającym doświadczenie w budowie samolotów z czasów służby w armii austriackiej, oraz Romanem Garncarzem zdobywają dokumentację budowy szybowców CWJ konstrukcji inż. Wacława Czerwińskiego i przystępują do ich budowy. Budowę szybowca typu CWJ rozpoczęła również sekcja LOPP w Nowym Sączu skupiająca w swoich szeregach młodzież gimnazjalną. Członkami tej sekcji był m.in. Jerzy Iszkowski i Augustyn Połomski. Ze względu na brak środków na dokończenie budowy szybowca sekcja połączyła się z kolejową sekcją KPW LOPP przy Warsztatach Kolejowych i przekazała jej niedokończony szybowiec. W 1933 r. Sekcja Lotnicza w Nowym Sączu przekształciła się w Koło Szybowcowe L.O.P.P. Koło Szybowcowe wysłało w kwietniu tego roku Leopolda Kwiatkowskiego do Bezmiechowej w celu zdobycia kategorii C, a następnie uprawnień instruktorskich. W tym też roku odkryto nowe tereny szybowcowe dające większe możliwości szkoleniowe i treningowe w miejscowości Tęgoborze na górze Rachów o wysokości 90 m od lądowiska. Szczegółowego oblatania tego terenu dokonał instr. pil. Leopold Kwiatkowski oraz instr. pil. Jan Skalski. W tym też roku powstaje Szybowcowa Szkoła Ślizgowa Kolejowego Koła LOPP. Na Rachowie zostaje wzniesiony hangar o pojemności 6 szybowców. Budowa hangaru została zakończona 30.06.1933 r. W 1934 r. zostaje rozpoznany nowy teren do szkolenia szybowcowego. Jest nim szczyt góry Jodłowiec Wielki. Z ramienia Ministerstwa Komunikacji i Aeroklubu RP tereny te wizytował i dokonał technicznych oględzin płk. pil. Bolesław Stachoń. W 1934 r. zakupiono 9 morgów gruntu i przystąpiono do budowy hangaru na Jodłowcu o pojemności 16 szybowców i 40 miejscach noclegowych dla uczestników kursów w części parterowej. Budowę hangaru i kasyna na szczycie Jodłowca zakończono w 1936 r. W Tęgoborzu szkolili się nie tylko polscy piloci. W latach 1938-1939 latali tutaj harcerze węgierscy oraz Polacy zamieszkali w Brazylii. Piloci brali również udział w Krajowych zawodach szybowcowych organizowanych przez ARP i LOPP. Najlepiej o wysiłku szkoleniowym świadczą liczby. Do 1939 roku:
 wyszkolono ogółem 1155 osób
 wykonano lotów: 21 078
 w czasie: 2950 godz. 32 min.
 lotów 5-cio godzinnych: 95
 przewyższeń ponad 1000 m: 120
 przelotów ponad 50 km: 49
 największa uzyskana wysokość: 2350 m
 najdłuższy przelot: 295 km
 ogółem przeleciano: 5057 km
 najdłuższy lot: 12 godz. 54 min.
 uzyskano kategorię A-248, B-187, C-266 i D-16
 wyszkolono 20 instruktorów szybowcowych.
W wyniku działań wojennych szybowce, sprzęt oraz hangar szkoły zostały zniszczone bądź jak w przypadku szybowców wywiezione do Niemiec i Austrii.
W 1946 roku grupa zapaleńców przystąpiła do odbudowy szkoły. Pozyskano środki i kredyty potrzebne do odbudowy. Pieczę na szybowiskiem przejęła organizacja Służba Polsce. W okresie do 1950 roku wyszkoliły się tutaj takie sławy jak : Andrzej Glass, Jerzy Adamek, Sławomir Makaruk, Janusz Grabiański, Jerzy Popiel, Jerzy Wojnar, Stanisław Wielgus, Schiele Kazimierz, Janusz Morawski.
Niestety w 1950 roku szkoła jak wiele innych została zamknięta, a dorobek został roztrwoniony. Kiedy w 1956 roku - roku odwilży politycznej - próbowano po raz trzeci wskrzesić szybowisko, okazało się, że zmieniły się koncepcje szkolenia szybowcowego. Szybowce odleciały w doliny. To dla nich między innymi zbudowano lotnisko w Kurowie, a następnie w Łososinie Dolnej, na którym do dzisiaj gazduje Aeroklub Podhalański.
*
Ruszam do ostatniego celu podróży, czyli Górskiej Szkoły Szybowcowej Żar w Międzybrodziu Żywieckim, pięknie położonej na zboczach Beskidu Żywieckiego. Trasa wiedzie przez Rabkę i Suchą Beskidzką. Odcinek z Limanowej do Makowa jest szczególnie piękny, gdyż droga biegnie po grani Beskidu, a widoki są powalające z nóg. Tę trasę szczególnie gorąco polecam moto-turystom. Po dwóch godzinach jazdy docieram do Międzybrodzia Żywieckiego. Wjeżdżając na most na Sole, na wprost ukazuje nam się piękne górskie lotnisko z dwoma okazałymi hangarami. Powyżej przy serpentynie posadowiony jest gmach główny Szkoły. Na szczyt Żaru prowadzi droga asfaltowa długości 7 km, teraz dostępna tylko dla ruchu lokalnego. Turyści mogą dostać się na szczyt koleją linowo-terenową której dolna stacja znajduje się 200 metrów od budynku Szkoły. Cena biletu to 10 zł, a samochód czy motocykl można zostawić na jednym z czterech parkingów. Wyjeżdżam na górę, z której rozpościera się piękny widok na szczyty Beskidu Żywieckiego. Jestem 420 metrów nad lustrem wody Jeziora Międzybrodzkiego, i około 760 metrów npm. Na szczycie znajduje się sztuczne jezioro elektrowni szczytowo- pompowej Porąbka-Żar. Wielkość zbiornika to ok. 650 na 250 metrów. Cztery turbiny dają moc 600 MW. Elektrownia jest swego rodzaju potężnym akumulatorem energii. W nocy, w tzw dolinie energetycznej turbiny pompują masy wody do zbiornika górnego. W dzień kiedy zapotrzebowanie na energię rośnie, a ceny są trzykrotnie wyższe, elektrownia sprzedaje prąd. Głównie teraz zagranicznym odbiorcom.
Tyle o elektrowni, bo przecież moja wizyta jest związana ze szkołą szybowcową.
Dla celów szybownictwa walory góry żar odkrył w 1934 roku inż. Franciszek Doński. W 1935 r. instr. pil. Antoni Pawliczek, oblatał na szybowcu Czajka górę Żar i zakwalifikował ją do użytkowania dla szybownictwa wyczynowego, jako szczególnie nadającą się do uzyskiwania kategorii C i D. Okręg Śląski LOPP był zainteresowany bliskim położeniem szkoły, bo piloci po uzyskaniu kategorii A i B musieli wyjeżdżać do innych szkół, najczęściej do dalekiej Bezmiechowej. W celu potwierdzenia przydatności góry Żar do założenia szkoły, Franciszek Doński sprowadził jesienią 1935 r. pil. Piotra Mynarskiego, instruktora szkoły w Bezmiechowej (wkrótce stał się on jednym z czołowych pilotów szybowcowych w kraju). 9 listopada 1935 r. przywieziono (furmanką) do Porąbki, ze Szkoły Szybowcowej w Lipniku - szybowiec Wrona-bis. Dalej, na szczyt, wniesiono go na plecach. Ku ogólnemu zaskoczeniu, lot żaglowy przy starcie z lin gumowych trwał 4 godz. i 7 min! Droga do uruchomienia szybowiska została otwarta. Można więc przyjąć, że początek uruchomienia szybowiska Żar nastąpił w 1936 r. Od 1937 r. szybowisko stało się szkołą nastawioną na uzyskiwanie III i IV stopnia wyszkolenia. Pełny rozkwit szkoły nastąpił w 1938 r. Wiosną zakończono budowę hangaru; przed sezonem wykonano szereg prac przygotowawczych na starcie i lądowisku oraz zbudowano drogę transportową. Kierownikiem został Elizbar Iwanow, pełniący równocześnie funkcję instruktora. Drugim instruktorem był Józef Pietrow. W 1939 r. szkoła została zaliczona do Głównych Polskich Szkół Szybowcowych. 27 kwietnia 1939 r. pil. Józef Pietrow z pasażerem Władysławem Dziergasem ustanowił na szybowcu Mewa rekord Polski długotrwałości lotu: 11 h 2', a 18 maja 1939 r. ten sam pilot z pasażerem Józefem Jakóbcem wykonał rekordowy przelot otwarty 302 km do miejscowości Borki k. Mińska Mazowieckiego. W czasie okupacji Niemcy wykorzystywali tylko podnóże góry. Prowadzili szkolenie na swoich szybowcach SG-38 i GB-IIB do podkategorii A i B. Na dole postawili drewniany hangar, polskie szybowce zniszczyli. Zostawiona Salamandra służyła jako rarytas, ale tylko instruktorom.
Po wyparciu Niemców z Białej Krakowskiej i z Bielska, w lutym 1945 r., harcerze pod przywództwem Tadeusza Puchajdy zaczęli tworzyć "Harcerskie Skrzydła". Puchajda razem z dh. Ottonem Mieczysławem Środą wybrali się do Międzybrodzia Żywieckiego, by stwierdzić, co się stało ze Szkołą Szybowcową. Na dole zastali splądrowany drewniany barak-hangar. 12 maja 1945 r., dyrektor Departamentu Lotnictwa Cywilnego Ministerstwa Komunikacji, płk. inż. Mieczysław Pietraszek mianował T. Puchajdę inspektorem szybownictwa na okręg śląsko-dąbrowski i krakowski oraz zobowiązał do utworzenia szkoły szybowcowej z wykorzystaniem szybowiska na Żarze i lotniska w Aleksandrowicach, a także do zorganizowania kursu przeszkolenia instruktorów szybowcowych wszystkich stopni. W październiku 1948 r. otwarto w Aleksandrowicach Centralną Szkołę Instruktorów Szybowcowych (CSIS), której uczniowie przechodzili przeszkolenie górskie na Żarze. W maju 1949 r. odbyły się I Krajowe Zawody Szybowcowe Juniorów (zwyciężył Stanisław Wielgus z Aeroklubu Krakowskiego); zawody te powtarzały się na Żarze przez następne lata. Wielkim wydarzeniem były na Żarze Międzynarodowe Zawody Szybowcowe Państw Demokracji Ludowej (w czerwcu 1949 r.), w których zwyciężyła Irena Kempówna.
W 1951 roku Szkoła podzieliła los aeroklubów i została zamknięta na długie cztery lata. Reaktywacja nastąpiła w 1955 roku, ale dopiero odwilż polityczna z 1956 roku doprowadziła do jej pełnego rozkwitu. Ponownie kierownikiem GSS APRL został inst., pil. Adam Dziurzyński, wspaniały szkoleniowiec i pedagog. Kierował szkołą do 1971 roku.
W 1979 roku rozpoczęto prace przy budowie elektrowni co postawiło pod znakiem zapytania dalsza działalność szkoły . Adam Dziurzyński wynegocjował przesunięcie zbiornika w kierunku Kiczery, na wschód, dzięki Czemy dla celów lotniczych uratowano zachodni cypel grzbietu szczytowego. W ramach odszkodowania za zniszczenie infrastruktury szkoły, elektrownia wybudowała Budynek szkoły oraz hangar z zapleczem technicznym. Drugi hangar wybudowano wspólnymi siłami elektrowni i APRL. Odbudowano również zniszczoną w czasie budowy kolejkę wyciągową szybowców. W ostatnich latach Aeroklub Polski, GSS Żar i PKL, wspólnie zbudowali kolej terenowo-linową która okazała się być przedsięwzięciem zwiększającym turystyczne walory regionu. Do dzisiaj gościnne progi GSS podejmują pilotów szybowcowych z Polski i świata, którzy zdobywają tu warunki do szybowcowych odznak. Niestety przyszłość tej najbardziej zasłużonej szkoły wisi pod znakiem zapytania. Brak bowiem środków na wykonanie generalnego remontu Budynku głównego oraz budynków zabezpieczenia technicznego.
Wszystkim moto-turystom polecamy gościnne progi Szkoły, gdzie można tanio i smacznie zjeść oraz znaleźć nocleg za przyzwoite pieniądze, tj. od 20 zł za łóżko.
*
I tak dobiegła końca nasza podróż szlakami świetności polskiego szybownictwa. Z czterech odwiedzonych miejsc, już tylko w dwóch tętni lotnicze życie. Wspomniana już koncepcja szkolenia podstawowego na nizinach za samolotami i wyciągarkami spowodowała brak zainteresowania górskimi szkołami. A przecież starty za pomocą lin gumowych były i są najtańsze. Obroniła się jedynie GSS Żar która nie poddała się, i na przekór wszystkim trudnościom daje radość latania wciąż nowym pilotom. Oby Akademicki Ośrodek w Bezmiechowej w równym stopniu stał się ponownie mekką szybowników. Alu tu znowu wkrada się polityka…
*
Jeszcze kilka fotek na pamiątkę i ruszam z powrotem do chałupy. Wolno wzdłuż Jeziora Międzybrodzkiego, przez Kęty, Andrychów, Wadowice do Myślenic. Dalej wzdłuż Jeziora Dobczyckiego do Dobczyc. Z Dobczyc do Podolan jadę objazdami, bo w Winiarach obsunęło się kilka domów na krajową 964. I tak po przebyciu ponad 822 km w dwa dni docieram do naszej kwatery głównej. Piękna to była wycieczka.
P.S. Pisząc ten tekst mam mieszane uczucia, czy ktokolwiek będzie chciał czytać moje wypociny o historii polskiego szybownictwa. Mimo to, ponieważ jest ona związana z pięknymi miejscami postanowiłem spróbować. Najwyżej mnie wyśmiejecie…
Leszek Mańkowski
MT 151
P.S. Wiele czasu przed wycieczką przygotowałem sobie coś w rodzaju konspektu, aby swój wyjazd ubrać w zorganizowane ramy. Pozbierałem w źródłach daty, liczby i nazwiska, aby w miarę wiernie opowiedzieć historię szybowisk. Żywię nadzieję, że mi się to udało…
LM



•   0  Komentarz(y)

Komentarze

Brak komentarzy - Twój może być pierwszy!

Dodaj komentarz

Przykro nam, ale tylko zarejestrowane osoby mogą pisać na tym blogu.

Kliknij żeby zalogować