LotniczaPolska.pl

Wpisy na blogu:

imię: Sławek
pseudonim: Hesja
nazwisko: Krajniewski
czym się zajmuję: pracuję w Instytucie Technicznym Wojsk Lotniczych w Warszawie
Szukaj na LotBlogi:

Zaawansowane

Sławek 'Hesja' Krajniewski
Świat widziany okiem i szkiełkiem Hesji

Jones Beach Airshow 2012

Sławek Krajniewski |  •  2012-08-10 18:06 |  Dodaj komentarz

To jest jakaś masakra. Brniemy w piasku potężnej plaży Jones Beach w kierunku linii brzegowej oceanu. Podobny pomysł do naszego ma cały strumień ludzi, który ciągnie się zarówno przed jak i za nami. Trochę jednak różnimy się od nich… bagażem smiling smiley My mamy plecaki ze sprzętem foto, a oni plecaki… a tam plecaki, całe czterokołowe wózki ze sprzętem plażowym. Od foteli, stołów, parasoli, koców, po wielkie lodówki z kilogramami żarcia i picia. Do focenia "mają przecież, wystarczą im" iPhone-y. Po raz pierwszy będę na lotniczej imprezie na plaży. Jak na premierę do tego typu akcji to wybrałem sobie plażę całkiem hardkorową. Ciągnie się od wschodu po zachód i jest po prostu potężna.

Co gorsza, słoneczko jest przed nami i najprawdopodobniej nie zejdzie z tego teatru przez cały dzień. Ale dobrze, że jest. Wczoraj, podczas planowanych treningów, nie przebiło się ani razu przez gęstą mgłę, która zaległa na plaży i nie dała szansy na najmniejszy nawet element treningów. Jest ranek, ale już ciężko wytrzymać z powodu panującego upału. Liczę na wiatr od oceanu bo inaczej usmażymy się tu jak frytki w gorącym oleju. Jest dość duża fala, która sprawia, że w powietrzu znajdują się drobinki wody, co wyraźnie widać, gdy spojrzy się w lewo lub w prawo nad linią brzegową w kierunku końców plaży. Tworzy się coś na kształt – nie wiem jak to nazwać – mgiełki, zawiesiny…? Jedno jest pewne – gdy połączymy razem słońce w twarz z tą wodą w powietrzu to wynik wskazuje tylko na jedno – szału w jakości zdjęć nie będzie! Ale co tam – coś na pewno się uda zadziałać, więc jesteśmy dobrej myśli. Strumień ludzi narasta z każdą chwilą. Teraz rozumiem te niewyobrażalne dla mnie wcześniej ilości ludzi na poprzednich edycjach tych pokazów. Liczby typu 500-800 tysięcy nikogo tu nie dziwią. Mnie już też nie, gdy biorę pod uwagę jaka ta plaża jest potężna oraz to, że to Memorial Weekend, czyli taka amerykańska wielka majówka.



Szukamy najlepszego miejsca do fotografowania. Zapewne najlepiej byłoby znaleźć się na samym środku linii pokazów i jak najbliżej wody. Miejsca przy wodzie są już pozajmowane, więc rozbijamy nasze obozowisko blisko środka pokazów, jakieś 20 metrów od oceanu. Jak się później okazało – to było bingo. Tu jest bowiem trochę inaczej niż nad naszym pięknym Bałtykiem. Kilka godzin później nadszedł przypływ i większość tych, którzy rozbili się przed nami, zamiast walczyć o kadry – walczyła z falą powodziową smiling smiley No dobra, rozbiliśmy się i co teraz?



Chciałoby się przyfocić statykę, ale na plaży – nic z tych rzeczy. Nie narzekamy za bardzo z tego powodu gdyż mamy ciekawy substytut statyki. Całe tłumy publiczności, która albo oczekuje na pokazy albo… ma je głęboko gdzieś i wariuje na przybrzeżnych bałwanach fal. Jak na pokazy lotnicze jest to dość niebywały fotograficznie temat. Nie trzeba nas dwa razy przekonywać. Wyszukiwanie ciekawych modelek/modeli i jeszcze ciekawszych akcji to przecież jedna z lepszych zabaw fotograficznych myśliwych. Przy okazji wprawia się oko i mamy niezłą rozgrzewkę sprzętu. Długo jednak czekać nie musimy. Jeszcze przed właściwymi pokazami, nad oceanem pojawiają się nieznane mi wcześniej samoloty! Przynajmniej w tym malowaniu. To CT-114 Tutor kanadyjskiego zespołu Snowbirds.





Jako, że wczoraj nie mogli potrenować nad plażą, a przez to nie dostali zezwolenia na udział w pokazach – nadrabiają zaległości dziś, przed pokazami. Najpierw kilka przelotów prawdopodobnie w celu ustalenia jakichś punktów orientacyjnych, a następnie pełny pokaz. Latają bardzo precyzyjnie, a niektóre ich figury to naprawdę majstersztyk. Niestety wspomniane powyżej problemy z przejrzystością powietrza wychodzą przeraźliwie na wierzch. Ładny pokaz, ale nie mamy możliwości zrobić choć jednego zdjęcia z przyzwoitą jakością. Może później, jak słoneczko pójdzie sobie do góry?

Tymczasem nad plażą zaczynają się pokazy właściwe. Znamy już ten amerykański scenariusz. Z nieba lecą spadochroniarze US Army Golden Knights z flagą, a na ziemi grany i śpiewany jest hymn. Bardzo patetyczna i wzruszająca chwila.



Oczywiście spadochroniarzom towarzyszą samoloty akrobacyjne. Jednym z nich jest już nam dobrze znany Sean D. Tucker na swoim Oracle Challenger III, który bezpośrednio po hymnie rozpoczyna swoje podniebne harce.

Z daleka widzę coś połyskującego nad taflą wody. Zbliża się do nas powoli i majestatycznie. Po chwili widać cztery silniki. Nie spodziewałem się tego, gdyż do końca nie znałem programu! To nadlatuje B-17 "Yankee Lady". Wspaniale. Nad nią trzy czarne punkty, które w miarę zbliżania się do nas przyjmują postaci P-40, P-47 i P-51! Co za konfiguracja!? Po raz pierwszy widzę Thunderbolta w locie. Ależ on mi się podoba.





Szkoda, że warunki oświetleniowe są tak niekorzystne. Na szczęście nie przeszkadzają one w słuchaniu gangów silników wszystkich tych pięknych warbirdów z American Airpower Museum. Tuż po legendach II Wojny Światowej na morską scenę wkracza kolejny mistrz amerykańskiego lotnictwa akrobacyjnego. To David Windmiller na swoim Zivko Edge 540. Pięknie kręci, piękne zostawia za sobą dymy. Przy tak ostrym słońcu od twarzy fajną zabawą, oczywiście z fotograficznego punktu widzenia, jest polowanie na pozostawiane na dymach cienie maszyn. Czasem układ: samolot – cień potrafi zrobić naprawdę spektakularny efekt na zdjęciu.



Samolocik z dymami ustępuje jednak miejsca potężnej konstrukcji, która mam nadzieję już za chwilę poszatkuje przestrzeń nad oceanem zupełnie innym rodzajem "dymu". Z oddali widzę już bowiem charakterystyczną sylwetkę Raptora zbliżającego się ze sporą prędkością nad plażę. Z całym szacunkiem dla finezji lotnictwa akrobacyjno – śmigłowego, dla mnie odgłos porządnego dopalania to jest właśnie to! Pokaz rozpoczyna się podobnie jak w Andrews od startu – tzn. tego co następuje po oderwaniu od powierzchni ziemi oczywiście smiling smiley Pierwsze wyrwanie w górę i już jestem bardziej zadowolony niż ze wszystkich zdjęć F-22 z Andrews. Są oderwania!




Nie powinno mnie to dziwić z racji tej wilgoci panującej na linii brzegowej oceanu. Wszystko odbywa się pod słońce, czyli nie będzie na zdjęciach widać nitów (o ile F-22 takowe w ogóle posiada) ani innych szczegółów konstrukcji. Liczę na to, że słoneczko pięknie podświetli wszystko to, co dzieje się wokół płatowca. A dzieje się dużo. W zasadzie każdy przelot powoduje jakieś wybuchy pary wodnej. Pięknie się dzieje na płatowcu przy high speed pass. Chwilę później Raptor wyrywa w górę lecąc niejako od plaży i kapitalnie prezentuje swoje oderwania w osi podłużnej. Do tego słoneczko podświetla je lekko iryzując parę wodną. Oj coś czuję, że ten moment przełoży się na wyjątkowe zdjęcie!




Chwilę później F-22 robi jeszcze dwa dynamiczne przeloty na sporej prędkości i po raz kolejny pokazuje swoje niebywałe wręcz możliwości. Na chwilę znika znad plaży, by po chwili pojawić się ze swoim kultowym przodkiem, wykonując Heritage Flight wraz z P-51D Mustangiem. Znamy już tę formację z pokazów w Andrews, a mimo wszystko dreszczyk podniecenia przebiega po ciele, gdy patrzy się na te dwie wyjątkowe maszyny.



Wspaniała chwila. Odlatują, a my zajmujemy się naszą statyką czyli… w zasadzie dynamiką, z jaką publika bawi się w falach oceanu. Zabawa na całego.



Już kilka godzin temu opuściłem nasze miejsce na plaży i chodzę po linii brzegowej brodząc w wodzie. Jest śmiechowo, bo stojąc po kostki w wodzie, z każdym nadejściem większej fali stoi się w tej wodzie po kolana, a czasem nawet głębiej. Podczas takiego przejścia fali – piasek obsuwa się spod stóp i można stracić równowagę. Do tego patrząc non stop przez wizjer nie widzi się nadchodzących fal ani gromad dzieci, które rozentuzjazmowane – wspaniale potrafią zachlapać sprzęt. Szmatka do przecierania obiektywów jest w zasadzie ciągle w użyciu. Ja na szczęście śmigam sobie w krótkich spodenkach i na bosaka, więc z pewną dozą litości patrzę na pewnego Japończyka, który stoi tuż obok mnie, tyle że w długich spodniach i wysokich butach trekkingowych. Warunki totalnie nienormalne jak na pokazy lotnicze ale… Lubię to!

Rozmawiam z MarSem stojąc tyłem do oceanu, gdy nagle na błękicie nieba za jego plecami widzę szybko przemieszczającą się jasną plamę: MarS! Robota leci! Plama bardzo szybko nabiera kształtu F-18 Super Horneta. Pierwszy przelot na dużej prędkości i od razu cała masa mega oderwań. No to mi się podoba. W ogóle uwielbiam pokazowy styl amerykańskich samolotów wojskowych. Nie skupiają się na wydumanej akrobacji tylko pokazują sporą gamę manewrów o typowo militarnym zastosowaniu. Super Hornet nie unika też tego, na co ludzie najbardziej czekają – przelotów z dużą prędkością i bardzo dynamicznych manewrów powodujących, że powietrze opływające płatowiec ma naprawdę masę roboty. Nie zdążyłem o tym pomyśleć, a już widzę jak ta piękna maszyna przygotowuje się do zapozowania do swoich najbardziej charakterystycznych zdjęć. O tak! Jest! High speed pass równolegle do linii brzegowej oceanu i… powietrze "wybucha" wokół samolotu tworząc obłok Prandtla-Glauerta, który kształtuje się w charakterystyczny stożek pary wodnej. Ludzie krzyczą z radości!




Po chwili kolejny szybki przelot w innej konfiguracji. Od razu zastanowiło mnie, dlaczego tak mało tego typu przelotów robią samoloty na pokazach w Europie? Przecież pilotowi to się na pewno musi podobać, nie wspominając już o publice. Najlepszym dowodem na tę teorię jest fakt, że po takich pokazach ludzie mówią właśnie o takich przelotach, mówią o jęzorach dopalaczy, o dynamicznych wyrwaniach… a jakoś nikt nie mówi o tym, jak to samolot zrobił piękną dłuuugą beczkę czy przelot z małą prędkością. Super Hornet wykonuje jeszcze całą serię dynamicznych manewrów i odlatuje znad plaży. Koniec pokazu… Wszyscy są pod wrażeniem! Chwila przerwy i… ponownie F-18 Super Hornet robi jeszcze jeden przelot z dużą prędkością. Uwielbiam tę maszynę!



Pod kątem fotograficzno – lotniczym to według mnie jeden z najciekawszych punktów na pokazowym nieboskłonie.

Myśląc o pokazowym nieboskłonie, patrzę w górę i widzę znane mi już, tworzące się hen wysoko napisy. He he – to Geico Skytypers drukują serię komunikatów na niebie dla pokazowej publiczności. Wygląda to naprawdę wyjątkowo.




W tym samym czasie kilku innych akrobatów lata nad oceanem i na niebie powstaje oryginalna mieszanka wydruków Skytypers’ów z dymnymi zawijasami pozostającymi za samolotami akrobacyjnymi. Jednym z akrobatów jest Ed Hamill na swojej Dream Machine. Wkrótce jednak samoloty z napędem śmigłowym opuszczają podniebną scenę, gdyż w okolicach wieży Jones Beach pojawia się zwarta grupa kilku samolotów odrzutowych. No! Czekałem na ten pokaz – to kanadyjskie Snowbirds. Co ciekawe – leci osiem Tutorów, a chyba powinno być ich dziewięć? No tak – lecą z dziurą w ugrupowaniu. Niestety tę dziurę widać w każdym prawie przelocie, zarówno tym z ośmioma samolotami jak i sześcioma. Trudno. Przestaję myśleć o brakującym samolocie, bo moja uwaga zostaje zaprzątnięta przez precyzję, ciekawe figury i rozmach, z jakim te w końcu nieduże maszyny robią swój pokaz! Dla nas to taka trochę egzotyka. Nie sądzę, by kiedyś dolecieli do Europy – a byłoby fajnie.









Po Snowbirds'ach chwila na fotografowanie plaży, po czym nad wodą z charakterystycznym rykiem silników i wyjątkowo obfitym dymem pojawia się sześć maszyn SNJ-2 należących oczywiście do Geico Skytypers. Ich pokaz jak zawsze zachwyca precyzją. Ciekawie wyglądają te ich dymy nad taflą oceanu. Kolejny bardzo udany pokaz!




Od rana światełko na naszej pokazowej arenie zmieniło się dość znacznie. Słońce poszło wyżej i zdecydowanie bardziej na zachód, co sprawiło, że na o wiele większej połaci nieba można już w miarę normalnie fotografować.




Na koniec pokazów przewidziana jest oczywiście grupa Blue Angels. Niestety ze zrozumiałych powodów bez pokazu na ziemi. Na horyzoncie widać już znanego nam Herkulesa, który zbliża się do nas z dużą prędkością. Zaczyna pokaz tak, jakby startował z pasa startowego i wyrywa w górę. Pokaz i samolot są nam znane z Andrews ale… zjawiska zachodzące na płatowcu są troszkę inne. Wokół końcówek śmigieł tworzą się piękne sprężynki. Żeby je bardziej wyeksponować na zdjęciach, skracam czas ekspozycji. Może śmigła będą trochę mniej rozmyte ale… sprężynki w tym momencie są ważniejsze.



Kilka dynamicznych niskich przelotów i Ernie kończy swój pokaz oddając całą przestrzeń nad Jones Beach Hornetom ze swojego team’u. Wszyscy się rozglądamy zgadując, skąd przylecą. Jeszcze chwila i… już są. Dokładnie na wprost nas widzimy zespół w pełnym składzie z pięknymi białymi dymami.





Blue Angels robią kolejne przeloty z sobie właściwą precyzją. Latają, a ja kombinuję jak upolować najciekawsze momenty ich pokazu. Zależy mi na kilku figurach no i na Sneak Pass, który – mam nadzieję – przy tej wilgotności powietrza będzie widowiskowy. A problem ze Sneak Pass jest konkretny. Skupić się na oderwaniach na samym płatowcu i użyć obiektywu 500mm na cropie (czyli 750mm)? Co zyskuję? Bardzo dobrą jakość nalotu i odlotu Horneta i szczegóły oderwań. Co ryzykuję? Ano to, że w kadrze będzie bardzo ciasno i raz, że nie będzie widać wody, a dwa, że podczas, gdy będzie lecieć dokładnie przede mną to niestety nie zmieści mi się w kadrze. A to przecież najciekawszy moment w przypadku gdyby coś miało się zadziać na płatowcu.

Druga opcja to "polowanie na stożek". Tu potrzebny jest szerszy kadr. Niestety obiektyw 70-300mm mimo wielu swoich zalet nie dorównuje jakością 500-tce i odbyłoby się to wszystko kosztem jakości zdjęcia. Ciężki wybór. Hmmm… Oderwań na Hornecie mam całe mnóstwo w swoich zasobach, choćby z Axalp. Stożków zdecydowanie mniej, tym bardziej takich nad wodą. A jak uda mu się poderwać za sobą wodę? Na 500mm tego nie zobaczę i długo sobie tego wyboru nie wybaczę. Wygrywa zatem opcja nr 2. Po co takie rozważania? Po to, że podczas tego jednego przelotu jest szalenie mało czasu na jakiekolwiek myślenie. Albo się dobrze człowiek do tego przygotuje, albo – ze zdjęć nici. Zapada decyzja.

W tym samym czasie na linii brzegowej panuje już niezły ruch. Wszyscy przyszli oglądać to, co ja mam zamiar sfotografować. Żeby tylko oglądać. Oni też chcą zrobić zdjęcia/film życia – używając oczywiście iPhone-ów. Tak, nic w tym śmiesznego. Jak funkcjonuje taki fotograf? Gdy nic się nie dzieje to stoi i patrzy, ale gdy tylko pojawia się jakiś ciekawy motyw to… wyciąga uzbrojoną w swój sprzęt foto-video rękę do góry. Nawet jak się jest od niego o 20 cm wyższym, to na taką rękę już 194 centymetry wzrostu nie wystarczą. Ile super ujęć przez takiego smartfona przed obiektywem straciłem? Trzeba to wszystko przewidzieć.

Nadchodzi czas Sneak Pass-a. He he – dziś już nabrać się nie dam. Spiker mówi, by patrzeć w prawo, ja jednak omiatam wzrokiem lewą stronę - jest! Punkcik nad horyzontem! Patrzę wokół siebie, a wszystkie twarze zwrócone są oczywiście w… prawo. Nie mogę swojej wiedzy zachować tylko dla siebie. Wydzieram się, aby wszyscy spojrzeli w lewo. Sekunda, dwie, trzy i po przelocie. Ależ to musi być uczucie tam w kabinie – pędzić z taką prędkością tak nisko nad wodą! Whoo Hoo!





Nie działo się wiele na płatowcu, ale coś tam jednak zobaczyłem. Resztę zobaczę już na zapisanych na karcie zdjęciach, ale… później. Podstawowy błąd prawie wszystkich w takich akcjach to patrzenie bezpośrednio po zrobieniu zdjęcia w wyświetlacz, co tam wyszło. Przecież tego już nikt nikomu nie zabierze. Standard – wszyscy patrzą w swoje telewizory, a nad głowami kolejny, tym razem prostopadły do linii brzegowej przelot. Hi hi – nikt tego nie zarejestrował. Mimo wszystko niektórzy podchodzą i dziękują mi, że ich w porę powiadomiłem o Sneak Pass’ie - Bardzo miło. A swoją drogą to skąd oni się urwali, że nie wiedzieli o tej ściemie spikera? Ja przecież jestem Amerykaninem dopiero od tygodnia.








Pokaz Blue Angels dobiega końca. Sytuacja na naszym niebie gwałtownie zaczyna się zmieniać. Zupełnie jakby ktoś tylko czekał byśmy dofocili w ładnej pogodzie do końca pokazów. He he – skąd ja to znam. Ot takie się ma szczęście do pogody. Od zachodu nadchodzi bowiem potężna chmura nie wróżąca nic dobrego.




Zawijamy się ze sprzętem i wpadamy w strumień narodu wlekący się w kierunku parkingu. Jak zwykle jest to doskonały moment na refleksje. Kończy się moja obecna przygoda z pokazami lotniczymi w USA. Jak było? Genialnie! Owszem – popełniłem całą masę mniejszych czy większych błędów foto, ale to co przeżyłem i zobaczyłem to moje i nikt mi tego nie zabierze.

Magia pokazów działa się przed moimi oczyma. To przecież dla tych kilkunastu godzin pokazów przeleciałem połowę kuli ziemskiej. Czy to jest normalne? Dla mnie tak. Mam tylko nadzieję, że za rok będzie mnie stać na to, aby tu wrócić. Już nie mogę się doczekać. Emocje pokazów się kończą. Emocje lotnicze nie. Jutro wracamy do Europy na pokładzie Airbusa A380! Będzie się działo!

•   0  Komentarz(y)  Dodaj komentarz

Aviation nation! Fotografujemy ludzi lotnictwa!

Sławek Krajniewski |  •  2012-03-13 17:09 |  Dodaj komentarz

Witajcie. Po dłuższej przerwie wznawiam prezentację porad dotyczących fotografii lotniczej na łamach portalu lotniczapolska.pl. W poprzednich siedmiu odcinkach mówiliśmy o tym jak zrobić dobre zdjęcie lotnicze. Aby zakończyć temat fotografowania lotnictwa omówię jeszcze jeden, wbrew pozorom bardzo istotny element, który traktuje o fotografowaniu ludzi lotnictwa. Później przejdziemy do szalenie istotnych elementów związanych ze wszystkim co powinniśmy zrobić już po fotografowaniu by jak najlepiej zaprezentować nasze zdjęcia.

Mówiąc o fotografowaniu lotnictwa nie sposób nie napisać o fotografowaniu ludzi lotnictwa. Możemy, a nawet powinniśmy, fotografować ludzi, których spotkamy przy okazji fotografowania zarówno podczas foto-wizyt w bazach jak i podczas pokazów lotniczych.

Najciekawiej oczywiście będzie na pokazach z racji ilości osób tam występujących oraz specyfiki tych imprez, na których tak naprawdę wszystko i wszyscy są na pokaz smiling smiley. Kogo możemy spotkać a przez to i fotografować? Przede wszystkim lotników. Zarówno załogi latające jak i „szare korzenie bujnych kwiatów” czyli osoby z obsługi naziemnej. Kolejną grupą są nasi koledzy po fachu czyli fotografowie. Pozostała grupa to po prostu publiczność pokazów.

Piloci 32 Bazy podczas pożegnania swojego dowódcy płk. dypl. pil. Dariusza „Melina” Malinowskiego (w środku)

Lotnicy

Lotnicy są z reguły wesołymi, otwartymi osobami. Podobnie jak wszyscy inni też chcą mieć dobre, pomysłowe, pamiątkowe zdjęcia, przy oglądaniu których, gdzieś hen w mniej lub bardziej odległej przyszłości, będą wspominać czasy aktywnego latania. Bardzo często - i to niejeden z nich, podczas bliższej rozmowy, skarży się, że nie ma dobrych, lotniczych zdjęć ze swoją osobą w roli głównej. Postarajmy się im w tym temacie pomóc, a jestem przekonany, że odwdzięczą nam się w sobie tylko znany i właściwy sposób.

Piloci z 23 Bazy na gorąco omawiają skończony przed chwilą lot

Róbmy im zdjęcia podczas przygotowania do lotów, w ich trakcie jak i po lotach. Postarajmy się by te zdjęcia miały również lotniczy wyraz. Dokonamy tego umieszczając gdzieś w tle samolot, fotografując pilota z elementami lotniczego wyposażenia lub fotografując ot zwykłe czynności pilota związane z przygotowaniem do lotu lub obsługą polotową. Sugeruję, by podobnie jak w innej fotografii „ludzkiej”, pracować odpowiednio z głębią ostrości (regulacja przesłony obiektywu). Czasem warto zmniejszyć maksymalnie przesłonę (otworzyć obiektyw) by rozmyć na zdjęciu wszystko co jest poza fotografowaną osobą, a czasem zwiększyć przysłonę (przymknąć obiektyw) by w głębi ostrości zawrzeć istotne dla danej sytuacji elementy.

Rooster doskonale rozumie fotografię, nie tylko lotniczą smiling smiley

Guzer - Myśliwy po udanych łowach! smiling smiley

Mahb podczas przygotowania do lotu

Pamiętajmy o pilotach również w czasie gdy wykonywane są loty. Bądźmy czujni, zarówno podczas kołowania przed/po locie jak i podczas startów czy lądowań. To w zdecydowanej większości przypadków są wyjątkowi profesjonaliści, więc mogą nas często nieźle zaskoczyć podczas wydawałoby się skomplikowanych elementów lotu.

Alamo podczas… startu smiling smiley

Pokazy to jak już wspomniałem wcześniej zupełnie inna bajka. Tam wszystko jest na pokaz i należy to fotografować. Będąc odpowiednio czujnym możemy zrobić piękne zdjęcia lotników wszelkich specjalności oraz doszukać się ciekawych interakcji.

Piloci zespołu Frecce Tricolori oddają hołd kołującemu po fantastycznym pokazie zespołowi Potrouille de France podczas AirShow Radom 2011

Pilot B-25 Mitchell i jego akcesoria smiling smiley

Mówiąc o fotografowaniu ludzi nie sposób nie wspomnieć o wyjątkowej imprezie jaką są pokazy Flying Legends w Duxford. Tam nie tylko samoloty nawiązują do historycznych czasów, ale też wszystkie osoby z obsługi poprzebierane są w stroje z epoki.

Sceneria typowa dla Flying Legends w Duxford

Obsługa pokazów w strojach z epoki podczas Flying Legends w Duxford

Fotografujmy podczas przygotowania do lotów jak i podczas nich. W czasie kołowania nie zaszkodzi też na chwilę oderwać ręki od aparatu i pozdrowić pilotów czy to przed lotem czy po nim choćby w podziękowaniu za wspaniały pokaz. Jestem przekonany, że odwdzięczą nam się czymś, co pomoże nam w decyzji czy robić takie zdjęcia czy nie. Moim zdaniem zdecydowanie robić.

Dwie ślicznotki podczas kołowania do pokazu: jedna z Team Guinot a druga B-17

Fotografując obsługę naziemną podczas przygotowania statków powietrznych w bazie, dobrze jest się najpierw zapytać czy można w ogóle robić w danym miejscu i czasie zdjęcia, czego nie wolno nam fotografować i czy nie będzie to nikomu w niczym przeszkadzało. Jeżeli można to róbmy to z zachowaniem stosownej odległości, zachowując wszelkie zasady bezpieczeństwa i pamiętając, że to nie my jesteśmy w tym miejscu najważniejsi.

Technicy podczas odnawiania gotowości bojowej samolotu MiG-29 w 23. Bazie Lotniczej

Obsługa naziemna z 23 Bazy podczas pracy na lotnisku Poznań - Krzesiny

Inna sytuacja jest podczas pokazów. Tam obsługa naziemna, np. tych najlepszych zespołów akrobacyjnych, nawet samo przygotowanie do lotów robi totalnie pokazowo. Na mnie największe wrażenie zrobiła obsługa zespołu Thunderbirds! Technicy wszystkich samolotów wykonywali czynności obsługowe w idealnie zsynchronizowany sposób. Widok był kapitalny i grzechem by było tego nie fotografować smiling smiley

Technicy Thunderbirds podczas swojego „tańca”. Krzesiny 2007

Fotografowie

Podczas fotografowania widowiskowych ewolucji, które odbywają się nad naszymi głowami, dobrze jest czasem zmienić kierunek fotografowania i skierować aparat na fotografujących obok nas kolegów. W tym momencie bowiem, ich obiektywy zapewne równolegle układają się w kierunku głównego bohatera danej chwili. Możemy dzięki temu zrobić super zdjęcie tzw. backstage’owe, które odda w naszym archiwum klimat panujący podczas danej imprezy.

Strefa Friends of RIAT podczas pokazów w Fairford w 2009 roku

Niestety prawda jest taka, że jak chcemy zrobić naprawdę interesujące zdjęcie z „jeżem” obiektywów wycelowanych w samolot to musimy poświęcić naprawdę ciekawe podniebne ewolucje. Tylko bowiem w tych momentach mamy pewność, że zdecydowana większość czy nawet wszyscy nasi towarzysze foto-lotniczego szaleństwa będą prowadzić główny obiekt swoimi zestawami foto.

Ekipa z SPFL Air-Action podczas Dni NATO w Ostrawie w 2010 roku (foto Amon)

Inną zupełnie sprawą jest to, że w zasadzie tylko my jesteśmy w stanie zrobić „pamiątkowe” zdjęcie naszym kolegom – uwieczniające radosne chwile z fotografowania lotnictwa. Nie zapominajmy o tym na wszelkiego rodzaju imprezach i starajmy się przez to obalić mit, że fotografowie mają najmniej zdjęć smiling smiley

Prezes Stowarzyszenia „Krzesiny” w akcji smiling smiley

Publiczność

Tu mamy chyba najszersze pole do popisu. Rozmaitość osób odwiedzających pokazy lotnicze jest kolosalna. Jedni są zaciekawieni pokazami, inni mają nastawienie bardziej piknikowe, jeszcze inni przychodzą w zupełnie innych, sobie tylko znanych celach. Jedno jest pewne – ludu jest zatrzęsienie i polecam luźne podejście do tego tematu. Niestety bowiem wielu z nas tłum irytuje i przeszkadza w zrobieniu super zdjęcia, itd. itp. Pamiętajmy jednak, że gdyby nie ten tłum – nie byłoby pokazów smiling smiley

Na pokazach lotniczych mamy szerokie pole do popisu w fotografowaniu ludzi lotnictwa

Przyzwyczajmy się do myśli, że ludzi jest dużo, i że nic na to nie poradzimy. A skoro przeciwnika nie da się zwalczyć to należy wykorzystać jego cechy na naszą korzyść. Potrenujmy naszą fotograficzną spostrzegawczość. Wyszukajmy jakieś ciekawe historyjki, które wokół nas na pewno się dzieją i postarajmy się je uwiecznić. Podobnie działajmy robiąc zdjęcia na wystawie statycznej. Nie czekajmy aż potok ludzi przestanie się przemieszczać, bo prawdopodobnie nie przestanie. Wykorzystajmy go do poszukania jakichś ciekawych interakcji z samolotami na wystawie lub róbmy zdjęcia oddające rzeczywisty klimat imprezy. Jeżeli to nam się uda to osiągniemy o wiele większy sukces niż byśmy osiągnęli robiąc zdjęcie stojącego sobie samotnie samolotu, których to zdjęć w sieci jest zatrzęsienie.

Klimat pokazów Flying Legends w Duxford

Interakcja ludzie – samolot podczas zwiedzania gondoli podwozia B-52 smiling smiley

Rozmaitość osób odwiedzających pokazy lotnicze jest kolosalna smiling smiley

Reasumując, zachęcam gorąco wszystkich do fotografowania ludzi lotnictwa. To bardzo wdzięczna dziedzina fotografii lotniczej. Daje wiele przyjemności nie tylko nam. Dzięki tym zdjęciom mamy szansę zyskać sympatię lotników a ta sympatia z kolei, przełoży się bezpośrednio na naszą fotografię - stricte lotniczą. Gwarantuję smiling smiley

•   2  Komentarz(y)  Dodaj komentarz

Koksijde International Airshow 2011

Sławek Krajniewski |  •  2011-08-05 14:53 |  Dodaj komentarz

Thunderbirds – zespół akrobacyjny USAF podczas swojego tourne 2011 po Europie zaplanował udział w wielu ciekawych imprezach lotniczych. Długo zastanawiałem się, gdzie się z nimi spotkać. Chodziło o najbardziej ekonomiczne rozwiązanie, tak by móc zobaczyć jak najwięcej – jak najmniejszym kosztem.

Wybór padł na Koksijde International Airshow w Belgii – tym bardziej, że impreza ta miała być ukoronowaniem obchodów 65-tej rocznicy powstania belgijskich sił powietrznych. Moje przypuszczenia co do bogactwa tych pokazów okazały się słuszne. Miło było patrzeć, jak na długo przed terminem imprezy na jej stronie internetowej pojawiały się w programie kolejne gwiazdy. Po podjęciu decyzji o wyjeździe udało nam się jeszcze zdobyć akredytacje prasowe, które już na miejscu okazały się być bardzo przydatne.

Koksijde to piękna miejscowość położona nad samym brzegiem Morza Północnego. O jej uroku mogliśmy się przekonać, gdy rankiem dotarliśmy do naszego hotelu umiejscowionego na nadmorskiej promenadzie, tuż przy rozległej plaży. Na lotnisko nie trzeba się było śpieszyć, gdyż zgodnie z programem, pokazy pierwszego dnia rozpocząć się miały o godz. 13.00 a skończyć o… 22.00!! Zapowiadała się zatem mega impreza z fotografowaniem na tle wieczornego nieba. Oby tylko pogoda dopisała, bo zachmurzone niebo i intensywny deszcz mogłyby zepsuć nawet najlepszy spektakl. Deszczyk kropił przelotnie do południa i z chwili na chwilę niebo robiło się coraz przyjemniejsze.

Zaraz po otrzymaniu przywieszek PRESS zawieziono nas na drugą stronę pasa startowego. Miejscówka przezacna – blisko pasa, słoneczko z tyłu. Szkoda tylko, że cała publiczność gdzieś hen na horyzoncie. Nie ukrywam, że trochę się stęskniłem za pokazową atmosferą. Rezydowanie w strefach PRESS daje możliwość zrobienia ciekawych zdjęć, ale niestety odziera imprezę z jej kolorytu, jakim jest bezpośredni kontakt z publicznością czy choćby tzw. „stragany”.









Gdy tylko rozłożyliśmy sprzęt, od razu zaczęły się loty. W powietrzu przeważały zespoły akrobacyjne, których ilość była wręcz niewiarygodna. Latali dla nas: Saudi Hawks, Red Arrows, Patrouille de France, Turkish Stars, Red Devils, The Victors, były też Biało-Czerwone Iskry oraz oczywiście USAF Thunderbirds! Pokazy zespołów są wyreżyserowane specjalnie pod publiczność znajdującą się na głównej części lotniska. Widziane niejako od tyłu sprawiają wrażenie chaosu, ale za to bliskość samolotów pomaga w uchwyceniu ciekawych kadrów. Nie ma za to mowy o fotografowaniu tzw. mijanek, gdyż samoloty „mijają się” w naprawdę bezpiecznych odległościach i od tyłu, mijanki wzbudzają o wiele mniejsze emocje niż gdy się na nie patrzy z publiczności. Gwiazda pokazów – USAF Thunderbirds, latali bardzo ładnie i ze sporym rozmachem, ale nie oszaleliśmy na ich punkcie. Są w Europie zespoły, które nie ustępują precyzją Amerykanom. Nie zmienia to faktu, że pokaz zrobił na nas bardzo dobre wrażenie.

















Organizatorzy postarali się również o to, by zaprezentować nad lotniskiem w Koksijde cały szereg ciekawych konstrukcji. W pokazach dynamicznych prezentowały się między innymi Fouga Magister, Gloster Meteor, Hawker Hunter, North American T-6 Texan, Dragon Rapide, Spitfire czy Lancaster. Spit zrobił nawet kilka przelotów z belgijskim F-16. Ciekawostką był przelot dostojnego Airbusa A330 w asyście dwóch F-16. Na mnie jednak największe wrażenie robią zawsze porządne „palniki”! Nie ma zatem nic dziwnego w tym, że podczas pokazu dwóch brytyjskich Tornado GR4, które latały tuż nad naszymi głowami prawie non-stop na dopalaczach, przeszywały mnie kolejne dreszcze emocji smiling smiley















Dzień powoli chylił się ku końcowi, a na niebie zaczynało coraz piękniej grać ciepłe światełko. Raz po raz przez zachodnią część nieba przewalały się delikatne chmurki, które robiły nam bardzo dobrą robotę. Przysłaniały oślepiające słońce i urozmaicały kadry swoją podświetloną strukturą. Najciekawiej wyglądało to podczas pokazu szwajcarskiego F/A-18, który jakby czując o co chodzi, co chwilę wpadał do naszego plenerowego „studia” i pięknie pozował!

Wszyscy jednak czekaliśmy na Grande Finale, jakim miały być pokazy belgijskiego F-16 oraz holenderskiego AH-64 Apache. Zanim to jednak nastąpiło, na niebie Koksijde pojawił się szybowiec. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że podczas kręcenia akrobacji z końcówek jego skrzydeł zaczęły spływać całe snopy iskier niczym z magicznej różdżki jakiejś wróżki w odległej bajkowej krainie. Wrażenie było niesamowite choć samo fotografowanie już trudniejsze z racji ciemności, jakie powoli zaczynały zapadać na niebie. Czasy robiły się dramatycznie długie, co dało nam trochę do myślenia przed pokazem finałowym.





Niestety z przyczyn technicznych odwołano pokaz AH-64, ale za to na pas wjechał Michel Beulen vel „Mitch” na swoim pięknie pomalowanym F-16. Jeszcze chwilę poczekał aż zajdzie słońce i wystartował! Już po starcie wiedziałem, że taki pokaz o tej porze dnia to wspaniały pomysł. Kapitalnie wyglądała marchewa dopalacza, a gdy Mitch rozpoczął swój festiwal flar, właściwie chciało się tylko otworzyć usta i podziwiać pokaz w zdumieniu. Niestety źle dobrałem parametry fotografowania ale… kto by w takich chwilach o tym myślał smiling smiley Jedno jest pewne – podpowiem organizatorom Air Show w Radomiu, by choć jednego dnia przesunąć lekko godziny pokazów, a na ich koniec dać „flarowców”. Na pewno byłoby to wspaniałe urozmaicenie. Dowodem na sukces takiego posunięcia niech będzie choćby fakt, że cała publiczność czekała do samego końca pokazów na ten właśnie moment.









Drugi dzień pokazów postanowiliśmy spędzić na terenie przeznaczonym dla publiczności. Gdy tam weszliśmy okazało się, że miejsce dla publiki to teren wyznaczony na drogach kołowania pomiędzy „straganami” i nie ma popularnej trawki! Do tego strefa dla PRESS usytuowana jest tuż przed miejscem postoju kilku śmigłowców, co zdecydowanie uniemożliwiało fotografowanie pokazów. Zaraz po wejściu zaatakował nas szereg polskich akcentów. W powietrzu Biało-Czerwone Iskry, które robiły bardzo przyzwoity, równy i elegancki pokaz. Tuż przed nami polska i kaszubska bandera, zatknięte przy stojącym na statyce śmigłowcu marynarki wojennej Mi-17. Mieliśmy też możliwość poplotkowania z chłopakami z załogi, którzy opowiadali nam o perypetiach lotu do Koksijde.





Po pokazie Iskier rozlokowaliśmy swoją strefę przy barierce na asfalcie drogi kołowania w pobliżu środka linii publiczności. Nie ma co ukrywać – wzbudzaliśmy dużą sensację naszym wyglądem, naszym sprzętem foto i dobrą zabawą. Sporo osób podchodziło by poplotkować o fotografii, o Polsce. To było bardzo miłe, gdy Belgowie mówili nam jak podziwiają nasz kraj. Jeden pan żegnając się z nami powiedział na do widzenia: „Congratulations for your country”, a my mieliśmy chwilę refleksji nad tym jak fajnie jest teraz, gdy wszystkie nasze kraje żyją w jednej wspólnocie, można się swobodnie i bez kompleksów przemieszczać, a Polska poszła tak do przodu, że nawet ów słynny „zachód” nam zazdrości. Poza tematem autostrad – zdecydowanie się z nimi zgadzamy smiling smiley









Niestety z tej strony lotniska oraz tego dnia światełko nie grało już tak ładnie. Do tego raz po raz przechodzące nad lotniskiem deszcze sprawiły, że fotografowanie było mniej efektywne. Organizatorom udało się usprawnić w końcu Apache i mogliśmy podziwiać jego pokaz. Widząc co ta piękna maszyna wyprawia w powietrzu zasłaniając się wiązkami flar, tym bardziej żałowaliśmy, że nie udało się jej poderwać w dniu wczorajszym. Ostatnim elementem pokazów był oczywiście show Thunderbirds’ów. Niestety pokaz płaski gdyż na niebie pojawiły się czarne chmury niskiego pułapu, z których tuż po zakończeniu lotów potężnie lunęło.







Koksijde Airshow wpisał się pięknie w wachlarz pokazów A.D. 2011. Pokazy zrobione z dużym rozmachem i dość dobrze zorganizowane, a przede wszystkim – bezpieczne. Nie było żadnych incydentów, a na to w świetle ostatnich wydarzeń jestem dość mocno uczulony. Przed wyjazdem z hotelu nie mogłem sobie odmówić wieczornego spaceru po pięknej promenadzie Koksijde i plaży podczas odpływu. Oczywiście z aparatem w ręku smiling smiley




•   0  Komentarz(y)  Dodaj komentarz

W krainie Red Bulla – AIRPOWER11

Sławek Krajniewski |  •  2011-08-05 13:55 |  Dodaj komentarz

Airpower to słowo, które elektryzuje miłośników lotnictwa od wielu już lat. To nazwa potężnych pokazów lotniczych odbywających się średnio co dwa lata w Zeltweg w Austrii. Potęga tych pokazów, to nie tylko powalająca ilość atrakcji lotniczych, ale także wyjątkowa, górska sceneria i niesamowita wręcz organizacja. Nad całością imprezy czuwa wyjątkowy mecenas lotnictwa – firma Red Bull.

Przygoda z Airpower11 zaczęła się dla mnie, podobnie jak dla wielu moich przyjaciół - fotografów lotniczych, od nabycia Spotter Packa (SP). To niemały wydatek (90 Euro na dwa dni), ale dzięki niemu można uczestniczyć w tej imprezie w naprawdę wyjątkowy sposób. Co nam daje nabycie SP? Na pewno możliwość skorzystania z 13 (!) punktów spotterskich usytuowanych dookoła głównego teatru pokazów, zarówno od strony publiczności, jak i z drugiej strony pasa startowego. Na punkty te, fotografowie są przewożeni przez specjalnie do tego wyznaczony personel i samochody. Dodatkowo każdy właściciel SP może liczyć na wygodnie usytuowany specjalny parking samochodowy oraz na całodobowe wyżywienie i napoje – oczywiście spod znaku Red Bulla w dowolnych ilościach. To wg mnie najważniejsze profity jakie wynikają z posiadania SP. Oczywiście jest ich więcej ale są mniej istotne.

Taka ilość punktów spotterskich to super sprawa, ale też i wielki problem z wyborem tegoż właściwego miejsca. Mamy możliwość fotografowania z wałów położonych na lotnisku w odległości 100 i 400 metrów od pasa startowego. Mamy opcję na focenie z linii publiczności w wydzielonych miejscach. Jest możliwość użycia specjalnej, podnoszonej rampy foto. Chętni mogą też przebywać na przedłużeniach pasa startowego. Biorąc pod uwagę odległość od miejsca pokazów, pozorny ruch słońca po niebie, nasilenie lotów i kąty z jakich możemy fotografować – mamy do rozwiązania dość solidny rebus smiling smiley





W 2009 roku fotografowałem z okolicy środka linii publiczności oraz ze słynnej 1-ki (strefy położonej na wale w okolicy końca pasa startowego), tym razem postanowiłem więc zakosztować w nowych atrakcjach i na początku pokazów (piątek) wybrałem się na 8-kę, czyli punkt dość znacznie oddalony od głównego teatru pokazów, ale za to położony w pobliżu początku pasa. Do tego poranne słońce miałem za plecami, więc zapowiadała się niezła uczta foto. Wszystko zaczęło się bardzo wcześnie rano od startu majestatycznej DC-6B, która już na samym początku zaznaczyła kto będzie na tej imprezie rozdawał karty - oczywiście Red Bull. Dla mnie ta firma to fenomen. Nie wnikając w genezę jej rozwoju, doprowadziła ona do tego, że miliony ludzi na całym świecie kupują Red Bulla, który jest kilkakrotnie droższy od tak samo smakujących, innych napojów energetycznych. Dzięki potężnym dochodom, Red Bull wspiera cały szereg niesamowitych inicjatyw. Między innymi zajął się lotnictwem, zbierając niemałą kolekcję kapitalnych maszyn, zatrzymując dla nich czas oraz dając możliwość ich podziwiania takim zapaleńcom jak np. ja smiling smiley Czy to przypadek, że w stajni Red Bulla latają historyczne samoloty, które od wczesnego dzieciństwa wyjątkowo uwielbiałem? Nie wiem. Wiem jedno, że dzięki takiemu podejściu – ja do picia wybiorę Red Bulla smiling smiley



Po starcie DC-6 i symbolicznie rzuconej na lotnisko wodzie z samolotów Pilatus PC-6 w austriackich barwach, przyszła kolej na całą masę lotniczych atrakcji. Rozwiązał się Airpower’owy worek. Oczekiwałem głównie na atrakcje, jakich nie miałem okazji wcześniej sfotografować. Pierwszą z nich był wyjątkowy, chyba najmniejszy na świecie, samolot odrzutowy BD-5J. W pierwszej chwili myślałem, że to latający model, ale pozdrawiający nas pilot rozwiał wątpliwości. Rewelacyjna konstrukcja choć do fotografowania nadająca się, jak wspomniany model właśnie. Spore wrażenie jak zwykle zrobił zespół akrobacyjny na śmigłowcach Alouette III i… zespół Flying Bulls, którego zawsze się boję. Latają wyjątkowo blisko siebie i robią niesamowite akrobacje, ale nie zawsze idealnie równo co sprawia wrażenie dość sporego chaosu, który lekko podnosi ciśnienie obserwującym.







Po Bull’sach przyszedł czas na palnik smiling smiley F-16 a za sterami Mitch to jak zwykle potężna dawka mocy, prędkości i piękna w wykonaniu solisty belgijskich sił powietrznych. Miejscówka nr 8 znakomicie nadawała się do fotografowania kołujących na pas maszyn. Gdy w naszym kierunku zaczął się przemieszczać Messerschmitt Me-262, przed naszymi oczyma stanęły wszystkie relacje pilotów z II Wojny Światowej, które onegdaj tak nagminnie czytywałem. Wystartował z wielkim hukiem i rozpoczął swój pokaz. Wszystko przebiegało idealnie do pewnego momentu! Podczas kolejnego najścia na lotnisko, pilot zapewne przeliczył możliwości samolotu, który zmierzał wyjątkowo niebezpiecznie w kierunku ziemi i… sporej grupy osób stojących pod płotem lotniska. Mając jeszcze przed oczyma tragedię z Płocka – zamarliśmy. Me-262 zszedł tak nisko, że płot przeszkodził nam w fotografowaniu! Gdy pilotowi udało się go wyprowadzić, odetchnęliśmy z ulgą. Było naprawdę nerwowo. A to przecież dopiero początek pokazów!





Ukojeniem dla zszarpanych nerwów był pokaz naszego Lim-2A. Latał ładnie, dostojnie i wzbudzał ogólnie sporą sensację. Szkoda, że to jedyny polski akcent w powietrzu na tak zacnej imprezie lotniczej. Po pięknym jak zawsze pokazie Turkish Stars postanowiliśmy zmienić miejscówki. Podczas oczekiwania na samochód, będąc pod namiotami spotterskimi, zobaczyliśmy coś niesamowitego. Coś co może zrobić tylko grupa Blanix smiling smiley a mianowicie dwa szybowce z rozpalonymi końcówkami skrzydeł, rzucające raz po raz „flary”. Niesamowity efekt. Brawa!









Przemieszczając się na punkt nr 1 zostaliśmy osaczeni przez TV Airpower. Kilka osób jednolicie ubranych i wyposażonych w długie obiektywy Nikona musiało zwrócić uwagę reżysera. Łamaną angielszczyzną starałem się skrócić ów wywiad do niezbędnego minimum, gdyż w powietrze wzbiła się oczekiwana przez wszystkich grupa Royal Saudi Hawks, a zaraz po niej do pokazu solo wystartowały po sobie austriacki EF2000 i czeski JAS-39 Gripen w pięknym tygrysim malowaniu. Pokaz saudyjskiego zespołu zaskoczył rozmachem. Na język cisnęło się Green Arrows choć do tych RED jeszcze im dużo brakuje.







Niedługo przed końcem pokazu zamarliśmy po raz kolejny na Airpower11. Nagle zniknęły znad lotniska Hawki i zapanowała cisza, którą zagłuszył uruchomiony śmigłowiec grupy ratunkowej! Co się mogło stać? Nikt z nas nie wiedział. Po kilku minutach zobaczyliśmy nadlatujące w kierunku pasa dwa Hawki. Ewidentnie jeden eskortował drugiego. Coś musiało się wydarzyć. Wyglądało to bardzo nieciekawie. Po chwili pojawiła się pozostała czwórka. Kołujący pierwszy Hawk miał na prawej przedniej części kadłuba dość solidny ślad po… zderzeniu z ptakiem! Dobrze, że to skończyło się tak a nie inaczej.



Po „Green Arrows” na scenę Airpower11 weszła potężna ekipa Red Bull’a, prezentując swoje nietuzinkowe maszyny. Pokaz P-38, F4U-4 i B-25, gang tych wspaniałych silników – to jest to co wręcz uwielbiam! Do kompletu brakowało mi tylko P-51 ale to… niebawem winking smiley Po śmigłach – rury. Holenderski F-16 nie zaskoczył niczym! Był jak zawsze piękny, precyzyjny i robił niezłe wrażenie. Za to wielkim zaskoczeniem dla mnie był występ zespołu Krila Oluje (Wings of Storm). Latali cudownie i niesłychanie równo! Bardzo podnieśli swój poziom od poprzedniego razu. Heh gdyby tylko ktoś wpadł na pomysł użycia smugaczy – byłby to jeden z najciekawszych pokazów imprezy.











Na zakończenie tych wspaniałych pokazów organizatorzy przygotowali atak spadochroniarzy na lotnisko. W rzeczy samej stał on się wydarzeniem, o którym wszyscy później najwięcej mówili. Wszystko za sprawą dwójki skoczków, z których jeden zaplątał się w spadochron drugiego. Wyglądało to strasznie dramatycznie! Dwa spadochrony nie zdążyły się rozwinąć. Jeden ze skoczków szamotał się będąc zaplątanym w spadochron kolegi. Próbował ratować się zapasem, ale niewiele to pomogło. Potężnie uderzyli w płytę lotniska i leżeli nieruchomo. Podobnie znieruchomiała cała publiczność. Niesamowicie szybko w pobliżu skoczków znalazły się karetki pogotowia, straż i śmigłowiec. Akcja ratunkowa trwała dosyć długo. Oczywiście pokazy przerwano, by je po ponad godzinie wznowić. Szczęśliwie okazało się, że nie ma zagrożenia życia a chłopaki tylko i aż tylko, dość solidnie się połamali. Byliśmy przekonani, że będzie gorzej. Na całe szczęście udało się!





Atak na lotnisko przeprowadzili komandosi ze śmigłowców no i po raz kolejny mogliśmy się przekonać jak sprawnie i szybko dwa EF2000 rozprawiają się z najeźdźcą w postaci C-130. Po sprowadzenia na ziemię Herculesa, zrobiły kapitalny pokaz z lotami w ciasnej formacji oraz szeregiem mijanek. Brawa! Gdy wydawało się, że pokaz Eurofighter’ów może przyćmić wszystko – do swojego pokazu wystartował C-27 Spartan! No i dopiero teraz wszystkim opadły szczęki! Tak, nawet tym, którzy już widzieli Spartana na pokazach. Co ta potężna maszyna w locie wyprawiała to było coś niesamowitego. Wspaniale wygląda, gdy taki niby spowolniony transportowiec wywija beczki i pętle tuż nad głowami. Pełny szacunek dla konstruktorów i pilotów





Po pokazie szwajcarskich sił powietrznych w składzie Pilatus PC-9, F/A-18 Hornet i oczywiście Patrouille Suisse nad lotnisko nadeszła groźba potężnego urwania chmury! Zaczął wiać bardzo silny wiatr, a deszczowe chmury z zachodu nie pozostawiały cienia wątpliwości, że za chwilę wszystko zostanie równo zmyte. Gdy większa część publiczności w popłochu uciekała z lotniska, swój wyjątkowy pokaz zaprezentował słowacki MiG-29. Naprawdę było na co popatrze. Z powodu wiatru było trochę problemów z fotografowaniem, ale daliśmy radę. Deszcz jednak nie spadł a na grande finale, czyli na pokaz zespołu Frecce Tricolori zrobiło się spokojnie i bezwietrznie. Do tego na niebie pojawiło się tyle wyjątkowo pięknych chmur, że poczuliśmy się jak w potężnym amfiteatrze przed wyjątkowym przedstawieniem. To była taka fantastyczna nagroda dla tych, których nie przestraszyła groźba ulewy. Opłacało się zostać, obejrzeć i poczuć moc Frecce! Oni nigdy nie zawodzą, ale tu w tej scenerii przyprawiali o wyjątkowe doznania w prawie każdej figurze. To był fantastyczny dzień pokazów i już nie mogliśmy się doczekać soboty.





Sobota przywitała nas taką samą pogodą jaka była w piątek i po śniadanku spotterskim ruszyliśmy na miejscówkę. Tym razem wybraliśmy nr 13 czyli po drugiej stronie pasa startowego. Dzień wcześniej wydawało nam się, że to właśnie tu wszystko lata. Jednak na miejscu dowiedzieliśmy się, że to nie do końca prawda. Też dość daleko, ale za to zupełnie inne kadry, co zapewne przysłuży się urozmaiceniu portfolio. Było bardzo wesoło, gdyż w jednym miejscu zebrał się prawie cały skład SPFL Air-Action, który przyjechał do Zeltweg i przyjaciele ze spotter.pl smiling smiley Nam do zabawy dużo nie trzeba a jak zaczęły hałasować nam nad głowami samoloty to już w ogóle pełnia szczęścia. Pokazy odbywały się w zasadzie z bardzo podobnym programem do piątkowego tyle że… dużo wyżej i dużo bezpieczniej.











Później dowiedzieliśmy się, że wielu pilotów dostało reprymendy po wczorajszych lotach. Tu w Zeltweg, wszystko musi być bezpiecznie i to trzeba bardzo podkreślić i uszanować. Chwilę po tym jak otrzymaliśmy tę informację do pokazu wystartował nasz Lim-2A. Wszystko przebiegało zgodnie z planem do momentu gdy… samolot wyszedł zza góry i… zaczął przepadać sad smiley Wyglądało to bardzo dramatycznie. Wszyscy struchleli! Coś musiało się dziwnego przydarzyć, ale na szczęście pilot wyprowadził maszynę w dolinie i bezpiecznie wylądował. Podobnie nerwowo było podczas pokazu Patrouille Suisse, gdy z niewyjaśnionych przyczyn przerwano pokaz. Później okazało się, że sprawcą zamieszania był bocian, który raz po raz przelatywał przez okolice pasa startowego smiling smiley Podobnie jak w piątek, było również z pogodą. Zamieszanie burzowo-deszczowe tuż przed słowackim MiGiem i… podobnie jak dzień wcześniej Grande finale było zaiste Grande smiling smiley

Kolejny AIRPOWER przeszedł do historii. Mimo tak wielu przesłanek do wypadków wszystko skończyło się jak zawsze dobrze. Pokazy pokazami, ale najważniejsze jest bezpieczeństwo, na które organizatorzy postawili wyjątkowo silny nacisk. Tak powinno być wszędzie. Jestem pod wrażeniem i nie wyobrażam sobie nie zawitać do Zeltweg za dwa lata. Tym bardziej, że hotelik, w którym spaliśmy ma wyjątkowo rewelacyjne jedzonko smiling smiley

•   0  Komentarz(y)  Dodaj komentarz

Poradnik fotografii - odc.7. Wpływ warunków pogodowych na fotografię lotniczą.

Sławek Krajniewski |  •  2011-05-19 17:15 |  Dodaj komentarz

Wybierając się na fotografowanie lotnictwa zawsze sprawdzam prognozy pogody. Zarówno te oficjalne na popularnych portalach pogodowych jak i te dokładniejsze czy to ICM czy choćby radary pogodowe. Zawsze dobrze jest wiedzieć co będzie się działo w powietrzu wokół latających maszyn i czy… w ogóle będą jakieś loty? O ile tylko pogoda pozwoli na pokazy to już jest dobrze. Nie ma nic gorszego niż wyprawa foto-lotnicza zakończona już na wejściu porażką polegającą na odwołaniu pokazów z powodu pogody. Tak było choćby w 2008 roku w Fairford. Polecieliśmy tam na największe pokazy lotnicze w Europie czyli na Royal International Air Tatoo i... z powodu podmycia przez wodę, po raz pierwszy od 38 lat, ku naszemu zdziwieniu i zawodowi, pokazy nie odbyły się. Tak już niestety jest i trzeba być na to przygotowanym. Podobnie bywa w Axalp. To jedna z głównych wad tych pokazów. W górach jak to w górach, minimalne załamanie pogody i odwołuje się od razu całą imprezę. Można się nieźle nawspinać by... pooglądać tylko zamglone góry. Ale jak to się mówi, nie ma ryzyka - nie ma zabawy.

Jaka pogoda jest najlepsza z punktu widzenia foto-lotniczego? Pamiętajmy, że nie zawsze ładna słoneczna pogoda jest idealna, a pochmurno-deszczowa zła. Podczas każdych warunków atmosferycznych występują pewne ograniczenia jak i pewne korzyści. Nam zależy na wyjątkowych obrazach, a żeby były wyjątkowe potrzebujemy też wyjątkowego światła czyli, wyjątkowych warunków!

Piękne słoneczko, czyste błękitne niebo i wysoka temperatura wielu z nas kojarzy się właśnie z idealnymi warunkami, jednak dla potrzeb fotografii lotniczej nie jest to tak oczywiste. W takich warunkach mamy nudne niebo, czyli mało efektowne tło, duże przepalenia na elementach płatowca połączone z czarnymi ostro odciętymi cieniami oraz zmorę fotografów lotniczych – rozgrzane falujące powietrze, czyli tzw. termikę. Przez ową termikę możemy zapomnieć o dobrych, ostrych zdjęciach ze wszystkimi detalami czy to startujących/lądujących maszyn czy nawet tych w górze. Im stosujemy dłuższą ogniskową tym termika daje się bardziej we znaki. Czasem jednak, gdy nie możemy wroga zwalczyć to należy się z nim dogadać. Tak więc gdy wszyscy opuszczają obiektywy z uwagi na termikę, my pobawmy się w "inne" zdjęcia. Wykorzystajmy jej wręcz malarskie rozmycie kształtów i popróbujmy stworzyć coś bardziej artystycznego. Korzystając z rozgrzanego powietrza nad betonem płaszczyzny przygotowania samolotów czy pasa startowego można osiągnąć całkiem ciekawe efekty.

Malowniczy wpływ termiki na CPPS w Mińsku Mazowieckim

MiG-29 startujący w Mińsku Mazowieckim za sprawą rozgrzanego powietrza przypomina bardziej UFO

Kolorowe zabawy z termiką i odbiciami w betonie pasa startowego

Termika nie zawsze powstaje w wyniku działania warunków pogodowych. Zawsze jednak dobrze jest ją wykorzystać. F-4 Phantom podczas startu z lotniska w Brnie

Słoneczna pogoda będzie jeszcze do zaakceptowania, jeżeli na niebie wypiętrzą się cudne cumulusy oraz powieje przynajmniej przy ziemi rześki wiatr, który zdmuchnie pokłady rozgrzanego powietrza.

Często się słyszy, że pokazy są słabe, bo są pod słońce. Dla fotografii lotniczej z zacięciem artystycznym nie jest to wcale nic strasznego. Wykorzystajmy światło słoneczne do wykonania innych zdjęć. Często zdjęcia na kontrze potrafią być o wiele bardziej spektakularne. Owszem, fotografując na kontrze poświęcamy szczegóły samego płatowca statku powietrznego, ale za to podkreślimy wszelkie zjawiska, które się właśnie na płatowcu dzieją!





F/A-18 Hornet sfotografowany na kontrze podczas pokazów w Axalp (Szwajcaria)

Jeżeli chodzi o piękne słoneczko to najlepsze zdjęcia wychodzą zimą! Zimą nawet podczas słonecznej pogody, z reguły nie ma termiki, a gorące spaliny wydobywające się z dysz wylotowych i wpadające w zimne, zimowe powietrze, potrafią na zdjęciu stworzyć kapitalny efekt falowania powietrza (o ile w tle znajdzie się coś kontrastowego). Dołóżmy do tego wszędobylski śnieg i mamy bingo!

Gorące gazy wylotowe w zestawieniu z zimnym powietrzem i kontrastowym tłem



Taka ostrość w szczegółach to tylko zimą!

Fotografując zimą nie zapomnijmy jednak o sporych różnicach temperatury pomiędzy zewnętrzem a jakimkolwiek wnętrzem. Wchodząc na chwilę do budynku w celu ogrzania się – pozostawmy sprzęt na zewnątrz. Istnieje bowiem ryzyko jego szybkiego zaparowania a wyjście na mróz z zaparowanym sprzętem nie wróży nic dobrego! Gdy jednak sprzęt foto nam zaparuje (po zakończonym fotografowaniu) nie starajmy się go wycierać. Pozostawmy go tak zaparowanego na godzinę-dwie. Wszystko powinno wrócić samo do normy. Broń Boże nie przeglądajmy zdjęć na zaparowanym aparacie. Można wyjąć baterię.

Gdy natomiast jest pochmurno czy nawet deszczowo, trzeba bardziej uważać na parametry zdjęcia by nie przesadzić z czasem naświetlania. Robi się bowiem dość ciemno i potrzebny do dobrego naświetlenia czas ekspozycji może się bardzo wydłużyć. Gęste, burzowe, postrzępione chmury, duża wilgotność powietrza już same z siebie dają piękny malowniczy efekt. Jeżeli dołożyć do tego kapitalnie odcinające się od tła statki powietrzne, dodać efekty jakie powoduje wszechobecna duża wilgotność (efekty na płatowcach, w okolicach wlotów do silników czy obracających się śmigieł) oraz jako wisienkę na torcie - przebijające się przez chmury promienie słońca - to śmiało możemy uznać takie warunki jako wręcz idealne.

Duża wilgoć to kraina efektów!

Pamiętajmy też, że powietrze po deszczu jest wspaniale oczyszczone, a odchodzące chmury deszczowe (burzowe) mogą stanowić idealne ciemno-granatowe tło, będące rzadkością podczas pokazów i niezłym rarytasem dla lotniczych fotografów.

Granatowe tło i przebitki światła słonecznego to gwarancja wyjątkowych zdjęć!

Pochmurne niebo to także piękna rozpraszająca blenda dla światła słonecznego. Można wtedy sfotografować, zwłaszcza na statyce, więcej szczegółów, bo cienie nie „psują” zdjęcia. Nie rezygnujmy też z fotografowania w deszczu! Odpowiednio zabezpieczając sprzęt i pamiętając o tym by nie kierować obiektywu ku górze, można osiągnąć bardzo ciekawe efekty – najczęściej podczas kołowania czy wystawy statycznej. Czas 1/30 sekundy to idealna wartość by kropelki deszczu zamieniły się w gęstwinę równoległych linii.

Harrier sfotografowany podczas kołowania w deszczu

Belgijski F-16 w zalanej deszczem bazie Albacete

Deszczowy start F-22 Raptora

Najgorsza pogoda wg mnie to taka, gdy jest słonecznie i ciepło, bezwietrznie, a niebo usłane jest gęstymi chmurami wysokiego pułapu. Niebo nad nami jest wtedy bardzo jasne, wręcz oślepiające i nie dość, że sprzyja wysokiej termice to jeszcze nie daje odpowiedniego tła dla samolotów.

Przerysowałem trochę warunki pogodowe dla powyższych przypadków, ale chciałem przez to pokazać, że nie ma co się przed fotografowaniem nastawiać, że pogoda może być rewelacyjna lub beznadziejna. W zasadzie w każdych warunkach jesteśmy w stanie zrobić dobre zdjęcie, wystarczy tylko pozytywne nastawienie i odrobina kreatywności. Ja osobiście jestem najbardziej zadowolony, gdy w prognozie pogody na dzień pokazów widnieje słonko z chmurką i z kropelką smiling smiley



Zmieniany 3 raz(y). Ostatnia zmiana 2011-05-19 17:23 przez Sławek Krajniewski.

•   0  Komentarz(y)  Dodaj komentarz