LotniczaPolska.pl

Wpisy na blogu:

imię: Jagoda
nazwisko: Rudnicka
pseudonim: JAGA
czym się zajmuję: studentka fizjoterapii na Collegium Medicum UMK, członek samorządu studenckiego, uczeń-pilot paralotni, nawigator
należę do: Aeroklubu Kujawskiego [EPIN]
zainteresowania: paralotniarstwo, samoloty ultralekkie, motolotnie, GA
co oprócz latania?: wszędzie mnie pełno.. - imprezy lotnicze, organizacja koncertów, narty, kajaki, muzyka, motocykle
tytułem wstępu: Na co dzień osoba niewyobrażająca sobie życia bez latania.. myślami wiecznie w górze, ze wzrokiem wiecznie skierowanym w niebo.. gdzie była, dokąd tęskni i pragnie wrócić.
Szukaj na LotBlogi:

Zaawansowane

Jagoda 'JAGA' Rudnicka
Given to fly

Szkolenie Paralotniowe - I etap

Jagoda Rudnicka |  •  2011-07-27 23:32 |  Dodaj komentarz

Wprawdzie było to 2 lata temu, ale takich chwil się nie zapomina. Zwłaszcza gdy czeka się na to 3 lata!

Zanim wybrałam się na szkolenie – bardzo intensywnie szukałam najlepszej oferty dla siebie. W końcu po spotkaniu na Air Fair w Bydgoszczy z Piotrem Cwudzińskim – instruktorem Szkoły Paralotniowej „SkyTrekking” stwierdziłam, że to jest to czego szukam! Idealnie złożyło się, że Piotr szkoli w Aeroklubie Kujawskim, który jest rzut beretem od mojego miejsca zamieszkania.

Zaczęło się całkiem zwyczajnie… Przyjazd, zameldowanie się, rozpakowanie w pokoju, dopełnienie wszystkich formalności etc.…
W południe wraz z pozostałymi uczniami-pilotami poszliśmy na płytę lotniska zapoznać się ze sprzętem. Instruktor rzetelnie wytłumaczył nam wszystko po kolei co do czego służy i jak to właściwie się dzieje, że taka ‘szmatka’ potrafi latać.
Następnie spędziliśmy całe popołudnie ćwicząc na ziemi prawidłowe stawianie skrzydła, bieg z nim, kontrolowanie kierunku… Przyznam szczerze, że mi – jako osobie drobnej było bardzo ciężko. Próbowałam to wszystko robić ‘na siłę’ zamiast technicznie. Szło mi strasznie, a gdy wieczorem z bólu nie byłam w stanie podnieść rąk do góry – stwierdziłam, że chyba zrezygnuję… że to kompletnie nie dla mnie i nie dam rady. Załamałam się strasznie, ponieważ tak długo marzyłam o kursie paralotniarskim, a tu nagle okazuje się, że jestem za słaba. Zrezygnowana poszłam na wieczorne wykłady, które jak zawsze były dla mnie bardzo fascynujące. Po wykładach dużo rozmawiałam przez gg z Jarkiem Borowcem ( www.paralotniowy.pl ), który był dla mnie w pewnym sensie mentorem. W swoim czasie bardzo dużo rozmawialiśmy na temat latania i Jaro wprowadzał mnie w tajniki akro…tłumaczył wszystko co, jak i dlaczego. Pamiętam, że strasznie żaliłam się mu, bo nie dawałam rady postawić skrzydła – przerosło mnie to, ale jak na Jarka przystało – zmobilizował mnie i jeszcze raz - powtarzając słowa mojego instruktora - wytłumaczył jak technicznie mam do tego podejść.
Drugi dzień ćwiczeń ze skrzydłem odpuściłam sobie, ponieważ strasznie miałam przeciążone stawy barkowe i musiałam zrobić sobie przerwę, żeby je zregenerować.
Dopiero następnego dnia, gdy wszyscy zrobili już ‘kangurki’ i oderwali się od ziemi, ja nadrabiałam zabawę ze skrzydłem. Zakodowałam sobie w głowie wskazówki instruktora i voila! Udało się – skrzydło słuchało się mnie tak jak powinno! Pobiegałam sobie troszkę z nim i przyszedł czas na pierwsze samodzielne oderwanie się od ziemi. I znów przyszły obawy. Nie wiadomo skąd zaczęłam bać się holowania… Dzień wcześniej jeden uczeń podczas holu dostał silny boczny wiatr – co mnie przeraziło, ponieważ hol musiał zostać przerwany. Nie zapomnę wsparcia pozostałych uczniów-pilotów. Wszyscy bardzo podtrzymywali mnie na duchu i przekonywali, że dam radę!
Zdecydowałam się! Ustawiłam sobie ładnie skrzydełko, wpięłam w uprząż, wyregulowałam wszystko, wpięłam radio i czekałam na swoją kolej. Piotr jeszcze raz wszystko wytłumaczył mi, co i jak mam robić. Pierwszym zadaniem był bieg ku wyciągarce. Poszło wszystko ładnie bez zarzutu. Wróciłam na kwadrat… ponownie ustawiłam skrzydło no i się zaczęło. To na co czekałam tyle lat!
Nigdy, przenigdy nie zapomnę tych słów:
Instruktor: Na linie od hangaru będzie lecieć Jaga. Jest to jej pierwszy lot – bez wyczepienia. Podczepienie sprawdzone, poproszę wstępny naciąg.
Pan Rysiu: Zrozumiałem – będzie lecieć Jaga, daję wstępny.
Instruktor: No to co Jaguś… lecimy? Wszystko jasne czy coś powtórzyć? Gotowa?
Ja: Jasne, że lecimy! Gotowa!
Instruktor: Pilot gotów. Jazda! Jazda! Jazda!
Pan Rysiu: Zrozumiałem, pilot gotów – jest jazda jazda jazda!
I poszło… bieg, bieg, bieg i błogie oderwanie się od ziemi! WOLNOŚĆ! TO WSPANIAŁE UCZUCIE! ZROBIŁAM TO! SPEŁNIAM SWOJE NAJWIĘKSZE MARZENIE! JA LATAM! Przyznam szczerze, że wskazówki instruktora przez radio słyszałam jak przez mgłę. Byłam tak zaabsorbowana tym, ze lecę, że Piotr musiał dwukrotnie powtarzać, którą sterówkę mam zaciągnąć by skorygować tor lotu. W końcu się ocknęłam i dałam się poinstruować. Do dziś nie zapomnę tej magii w górze i magii pierwszego samodzielnego lotu. Podczas lądowania – mimo, że zaciągnęłam na odpowiedniej wysokości sterówki i wylądowałam ładnie na nóżkach to i tak potem padłam na kolana, bo chciałam jeszcze lecieć : ). TO BYŁO TO! TO BYŁO SAMODZIELNE, MAGICZNE TO ! Gdy po lądowaniu ocknęłam się i wróciłam znów do teraźniejszości, złożyłam skrzydełko w ‘kalafior’ i załadowałam do samochodu innego pilota, który po mnie przyjechał.
Gdy wyszłam na kwadracie paralotniowym z samochodu wszyscy mi pogratulowali, że jednak odważyłam się, a moimi pierwszymi słowami wypowiedzianymi do instruktora było ‘JESZCZE! I WYŻEJ!’ : ).
Kolejny lot był z niespodzianką. Był to już zachód słońca – piękne magiczne niebo… Ja gotowa do startu. I sruuu do góry. Według wskazówek instruktora korygowałam tor lotu. Komenda ‘Do wypięcia’ i fruuu… wolnooooość! Pierwszy lot z wyczepieniem po okręgu. Cudoooo… Tak jak instruktor kazał, zaciągnęłam prawą sterówkę i zrobiłam zwrot o 180* by wrócić na kwadrat. No i tak sobie lecę…lecę… oni coraz bliżej…. W końcu widzę, że oddalam się od startowiska, domy się zbliżają a ja przez radio nie słyszę żadnej komendy! W końcu stwierdziłam, że coś jest nie tak i wykonałam zwrot w kierunku kwadratu i w tym samym momencie gdy go wykonywałam usłyszałam, że nie dolecę do lotniska i mam spokojnie wylądować sobie w polu. No i wylądowałam sobie w polu. Do lotniska zabrakło mi ok 5m. Okazało się potem, że podczas mojego lotu radio wysiadło i instruktor z drugiego dawał mi kolejne komendy. Lądowanie przygodne zatem zaliczone! : )
Kolejne loty szkoleniowe przebiegały już bez zarzutu. Cisza w radio podczas holowania nie była już spowodowana wyczerpaniem się baterii, a moją prawidłową samodzielną korektą lotu.
Szkolenie trwało 5 dni. Codziennie mieliśmy wykłady i pogadanki na temat co może nas spotkać w powietrzu, co powinniśmy robić, czego się wystrzegać, jak reagować w sytuacjach niepożądanych itp. Itd. Wszystko co na takim szkoleniu powinno być nam przekazane – było. Wieczorami robiliśmy sobie grill i ognisko przy piwku oraz doborowym towarzystwie. Wszyscy bardzo się zżyliśmy. Te 5 dni wspólnego latania, wspólnego spędzania czasu sprawiło, że powstały nowe przyjaźnie, które utrzymują się do dziś.
Jestem bardzo zadowolona z tego, że na moje szkolenie wybrałam właśnie Szkołę Paralotniową „SkyTrekking”. Szkolenie było przeprowadzone bardzo rzetelnie i towarzyszyła temu wspaniała lotnicza i przyjazna atmosfera. Szczerze i z całego serca mogę ich polecić wszystkim, którzy marzą o pierwszych samodzielnych krokach w chmurach!
Dla przypomnienia: http://www.skytrekking.pl/



Zmieniany 1 raz(y). Ostatnia zmiana 2011-07-27 23:39 przez Jagoda Rudnicka.



•   1  Komentarz(y)  Dodaj komentarz

Pierwszy lot

Jagoda Rudnicka |  •  2011-03-15 22:10 |  Dodaj komentarz

Pierwszy lot !

Na pewno każdy pamięta swój pierwszy lot – jedni lepiej, drudzy trochę mniej – w zależności jak bardzo adrenalina zadziałała winking smiley.
Ja swój pamiętam doskonale, bo przecież tyle lat o tym marzyłam! Pierwszy raz oderwałam się od ziemi 7 września 2008 roku. I to wszystko za sprawą Tomka Chudzińskiego. Tak, tak.. TEGO Tomka Chudzińskiego, który pokazał nam wszystkim, że dla trajki nawet Morze Bałtyckie nie jest za duże.
Mój lot był prezentem 18stkowym właśnie od niego. W sumie było to 3 lata temu, ale dokładnie pamiętam jak to wszystko wyglądało…
Jadąc na umówiony lot nie miałam nawet chwili zwątpienia. Wiedziałam, że chcę to zrobić i że będę to robić! Pierwsze rozłożenie skrzydła… kask.. buziak dla mamy i stanowczym krokiem podejście do wózka. Chwilkę trzeba było poczekać, ponieważ obok na pasie lądował samolot.
- Gotowa?
- Tak! – a w głowie pełno synonimów tego słowa!
I po kilku metrach poczułam oderwanie się od ziemi i wznoszenie. Niesamowite uczucie. Według mnie szybko nabraliśmy odpowiednią wysokość i zaczęliśmy troszkę straszyć mamę robiąc małe acro. Nawet przez sekundę się nie bałam. Polecieliśmy dalej… pode mną inny świat. A ja – w niebiańskim stanie… . I to niepojęte szczęście. Lataliśmy nad sarnami, zajączkiem, goniliśmy myszołowa… Nawet nie miałam zbytniej ochoty na robienie zdjęć, bo chciałam każdą chwilę zapamiętać nie przez obiektyw.
W pewnym momencie poczułam sterówki w dłoniach.
- Skręć w lewo.
Delikatnie ciągnęłam sterówkę w dół – zbyt delikatnie, bo skrzydło nie reagowało, więc Tomek pomógł mi wykonać swój pierwszy w życiu manewr skrzydłem. Potem w prawo… Bałam się tylko wypuścić sterówki z rąk, bo myślałam, że skrzydło nieodpowiednio na to zareaguje, ale byłam w błędzie. Z lotu mogłabym napisać milion zdań o tematyce ‘jak było wspaniale…cudownie…niesamowicie’.
Po wylądowaniu, nie potrafiłam wydusić z siebie nawet słowa… nie było takich słów żeby to opisać. Jedyne co miałam w myśli - ‘będę latać!’.

Na pewno nigdy nie zapomnę tego pierwszego lotu… tego, że miałam zaszczyt lecieć właśnie z Tomkiem Chudzińskim i tego niepojętego szczęścia tam w górze.
Wiedziałam, że mój pierwszy krok w chmurach nie będzie ostatnim.. Tak zaczęła się moja prawdziwa miłość.. a właściwie choroba, z której nigdy nie chcę się wyleczyć.



•   0  Komentarz(y)  Dodaj komentarz

Jak to się zaczęło...?

Jagoda Rudnicka |  •  2011-02-09 13:01 |  Dodaj komentarz

No właśnie… jak to się zaczęło. Często, gdy spotykam nowych ludzi, zadają mi jedno zasadnicze pytanie ‘Jaga, jak to się właściwie stało, że Ty latasz?’.

Wszystko zaczęło się 6 lat temu w moje 15ste imieniny… W mojej rodzinie zawsze była tradycja wyprawiania imienin dla znajomych. I tak też chciałam, żeby było i tym razem. Niestety mama całkowicie pokrzyżowała mi plany, zabierając na grilla do wujka. Jako, że przechodziłam wtedy okres buntu, wpadłam w histerię… nie znosiłam miejscowości, w której wujek mieszkał, a w dodatku były to moje imieniny! Teoretycznie to powinien być mój dzień… niestety nie miałam wpływu na zmianę decyzji mamy i spakowana na siłę do samochodu pojechałam razem z resztą.

Okazało się, że tego dnia w miejscowości gdzie mieszka wujek organizowany był festyn ‘UFO’. Stwierdziłam, że gorzej już być nie może i zirytowana poszłam z kuzynką zobaczyć czy coś może jeszcze bardziej popsuć mi humor.

Totalnie zrezygnowana usiadłam na dmuchanym zamku dla dzieci i nagle usłyszałam dziwny warkot silników. Po chwili pojawili się nad moją głową ONI! Paralotniarze z każdej strony śmigali, prawie że depcząc po głowach widzów. To było…coś… to było TO coś! Gdy zobaczyłam z jaką swobodą unoszą się w powietrzu… ta ich wolność.. ten ich wyraz twarzy.. ta zabawa między drzewami… . Tak. To było zdecydowanie TO COŚ na co czekałam przez moje 15letnie życie. Od tej pory wszystko się zmieniło.

Niesamowicie poruszona widokiem latających szaleńców, w głowie próbowałam poukładać sobie, dlaczego tak bardzo to mną poruszyło. Nie dało się tego wytłumaczyć… stałam tam tak długo, aż zniknęli mi z oczu. Wtedy mama poinformowała mnie, że czas wracać do domu. Jakie było jej zdziwienie, gdy po wielu kłótniach w domu dotyczących tego wyjazdu nagle oświadczyłam, że chcę jeszcze zostać. Niestety nie miałam dużo do powiedzenia i wróciliśmy.

Całą noc przesiedziałam przed komputerem szukając w Internecie wiadomości na temat latania, paralotniarstwa… na temat tego – jak zacząć. Po nieprzespanej nocce – kolejny dzień spędziłam również na tym samym… i tak od 6 lat się nie zmienia się to. Nie wyobrażam sobie dnia bez myśli o lataniu, bez oglądania zdjęć lub filmików z latania, bez czytania co nowego w świecie lotnictwa dzieje się…

Długo musiałam walczyć w domu o pozwolenie na latanie. W rodzinie zawsze mówili o mnie, że jestem ‘5-cio minutówka’. Coś mi się spodoba, okazuję wielkie zaangażowanie, a po kilku dniach odkładam na półkę i zajmuję się czymś innym. Wszyscy byli przekonani, że będzie tak i tym razem. Mylili się…

Każda rozmowa w domu schodziła w moim przypadku na latanie.. podczas wspólnych spacerów potrafiłam przez 2-3 godziny mówić tylko o lataniu… w autobusie – o lataniu, w samochodzie – o lataniu. Po jakimś czasie już nawet mama wiedziała na czym polega latanie termiczne czy żaglowe.

Gdy zbliżała się IV Adrenalina na Pałukach w 2008 roku zaproponowałam rodzicom, abyśmy pojechali tam razem. Chciałam, żeby zobaczyli ‘mój’ świat, żeby poczuli to co ja… zobaczyli to co ja zobaczyłam w moje 15ste imieniny. I stało się…cały dzień spędziliśmy w Brzyskorzystewku oglądając dziesiątki latających para- i motoparalotni. Było cudownie… ! Miałam kilka okazji wzbić się ten pierwszy raz w powietrze, ale… jak zwykle musi być jakieś ale.. mama oczywiście nie pozwoliła. Dopiero, gdy wracaliśmy do domu usłyszałam słowa, o których marzyłam przez 3 poprzednie lata. Misja ukończona z powodzeniem! Mama zgodziła się na latanie! O kursie paralotniowym jeszcze nic nie wspominała, ale powiedziała, że gdy następnym razem będę miała okazję polecieć to ona wyraża na to zgodę.

I tak to się właśnie u mnie zaczęło…


P.S. Dziękuję bardzo Balcerkowi, bo to wszystko przez niego. Okazało się, że tymi szaleńcami na festynie była jego grupa! winking smiley)

Załączone zdjęcia są z IV Adrenalina na Pałukach 2008.



Zmieniany 3 raz(y). Ostatnia zmiana 2011-02-09 13:02 przez Jagoda Rudnicka.



•   0  Komentarz(y)  Dodaj komentarz